Forum Ezoteryczne Dobry Tarot
" Dom Bartmanów " - kryminał w/g Mikesza ... - Wersja do druku

+- Forum Ezoteryczne Dobry Tarot (https://dobrytarot.pl)
+-- Dział: Tarotowa Społeczność (https://dobrytarot.pl/forumdisplay.php?fid=28)
+--- Dział: Coś dla ducha (https://dobrytarot.pl/forumdisplay.php?fid=77)
+---- Dział: Nasza twórczość (https://dobrytarot.pl/forumdisplay.php?fid=68)
+----- Dział: Proza - pamiętniki, opowiadania... (https://dobrytarot.pl/forumdisplay.php?fid=157)
+----- Wątek: " Dom Bartmanów " - kryminał w/g Mikesza ... (/showthread.php?tid=7257)



" Dom Bartmanów " - kryminał w/g Mikesza ... - Mikesz - 09-04-2016

Pozwalam sobie Wam przedstawić " Dom Bartmanów" - kryminał osadzony w współczesnych realiach, o dość mocnym zabarwieniu erotycznym.
Książka jest dozwolona dla czytelników od lat 21 ... - Tak
Napisałem ją chyba w 2006 roku.
Na pewno posiada wiele "rożnych literackich wad" ( książka nie posiada tzw. korekty ), więc proszę o wyrozumiałość - Uśmiech

Mikesz

I.


Tej nocy nie mogłem zasnąć. Wstałem z łóżka i zapaliłem kolejnego papierosa. Zacząłem chodzić po mieszkaniu nerwowo zaciągając się dymem. Myślałem o Marii, o jej szczupłej delikatnej twarzy, zgrabnej, filigranowej sylwetce i długim warkoczu, czasami splecionym na plecach, jak u małej dziewczynki. A przecież dochodziła trzydziestki i pierwszą urodę miała już za sobą.
Ostatnio czułem się zmęczony i nerwowy. Z niechęcią myślałem o swoich klientach, których niemal codziennie przyjmowałem w swojej kancelarii adwokackiej. Ich problemy nudziły mnie i często przerastały moje możliwości.
Gdy parę lat temu wybrałem prawo i ukończyłem z wyróżnieniem uniwersytet, wydawało mi się, że w pracy poradzę sobie doskonale. Byłem cierpliwy, dokładny, przewidujący. Dziś nie miałem w sobie tylu sił, co kiedyś. Zaangażowanie w pracę słabło, podobnie jak moje uczucie do Marii.
Dziwne, ale najbardziej chyba podobał mi się w niej jej głos. Trochę niski, leciutko chropowaty, aksamitny dźwięk, którym ujęła moje serce. Szczupłą sylwetką, taką smutną jakoś i ładną twarzą - także pobudzała moje męskie zmysły. Dobrze wiedziałem, że czasami wystarczy i ten jeden gest kobiety, jakieś jedno jej słowo, kokieteryjne spojrzenie i już mężczyzna wpada w sidła namiętności.
Chodziłem po pokoju i myślałem o przemijającym uczuciu do dziewczyny. Zastanawiałem się nad nudnawą pracą, którą już dawno przestałem lubić, ale zarówno do jednej, jak i drugiej rankiem musiałem się udać.
Z Marią pracowałem w tym samym zespole adwokackim. Zajmowaliśmy się niezliczonymi ilościami błahych i skomplikowanych spraw, mnóstwem papierów, czytaniem paragrafów, ustaw, artykułów, wypełnianiem formularzy. Doradzaliśmy klientom, prowadziliśmy ich sprawy, czasami stawialiśmy się w sądach.
Rzadko zdarzały się sprawy wyjątkowe, zupełnie inne od pozostałej większości. Taką właśnie przedstawił nam pan major Jonson. Był oficerem policji i od czasu do czasu, jeżeli chodziło o sprawy dziwne i niewyjaśnione, kontaktował się zawsze z nami.
Dlaczego to robił ? Niewielu ludzi wiedziało o tym, że Maria posiada umiejętności nie dane zwykłemu człowiekowi.

-2-

Chodziło o jej pewne zdolności przewidywania niektórych wypadków, losów. Kobieta była obdarzona pewnymi zdolnościami jasnowidzenia, intuicyjnego spostrzegania. Interesowała się tematyką okultyzmu, spirytyzmu, magii, radiestezji, parapsychologii. Niejednokrotnie zdarzyło się, że potrafiła przekazać wymiarowi sprawiedliwości prawdziwe informacje, o których nikt nie miał pojęcia. Przede wszystkim chodziło o fakty zaginięcia osób, wskazania ich miejsca pobytu lub grobu.
Oczywiście, nie każdą sprawę udawało się kobiecie rozwiązać. Były przypadki, że i ona okazała się bezradna. Poza tym niecodziennie mogła posługiwać się swoimi możliwościami. Szczególna koncentracja, myśl, prawie trans, w który wchodziła, obecność przedmiotów osoby poszukiwanej – to warunki, które musiały być spełnione, aby Maria mogła coś w sobie wyczuć, zobaczyć i zinterpretować.
Nie tylko w pracy zawodowej stanowiliśmy parę. W życiu prywatnym także byliśmy partnerami. Oboje wolni, młodzi, zdolni z dobrze płatną pracą, z mieszkaniami. Łączyła nas przyjaźń, wspólna praca, sex. Czy można czegoś więcej wymagać od życia ?
- No to do roboty ! – krzyknął dziarsko, gruby , stary major policji zza swego drewnianego biurka. – Macie tydzień czasu na rozwiązanie sprawy i powodzenia ! – rzekł na pożegnanie, wstając ciężko ze swego skrzypiącego, staroświeckiego fotela.
Uścisnął nam mocno dłonie.
- Wreszcie coś ciekawego ... – wzdychałem chwilę potem idąc mokrą, szara ulicą tuż przy swojej dziewczynie. – Zajęcie zaiste godne ciebie ... – nachylałem się do ucha Marii.
Musiałem trzymać duży, czarny parasol tuż nad jej głową. Była typowa jesienna pogoda. Deszcz kapał z ciemnego nieba leniwie i powoli. Odgłosy stawianych kroków po twardym bruku głośno rozlegały się dookoła. Był późny wieczór. Co parę metrów świeciły lampy, jakby zniekształcając rzeczywisty obraz ulicy i kamienic.
To były peryferie miasta. Szliśmy do mojego mieszkania. Czułem, że chyba jednak nie pokocham się ze swoją dziewczyną. Nie miałem zbytniej ochoty na sex. Uczucie do kobiety malało i sam nie wiedziałem, dlaczego tak się dzieje. Zresztą, sam niedawno zauważyłem, że i ona zmieniła nieco stosunek do mnie. Już nie była tą samą namiętną kochanką, jak jeszcze z rok temu. Już nie przytulała się do mnie tak mocno, jak kiedyś i nie patrzyła głęboko w oczy zafascynowana. Maria powoli stawała się jakaś inna, nieco oschła, poważniejsza, zamyślona. Czułem, że nasz związek kończy się, a gwałtowna miłość przygasa. Godziłem się z tym, uważając, że takie po prostu jest życie.
- Coś ty taki ponury ... ? – przerwała moje rozmyślania, gdy przekroczyliśmy próg mojej kawalerki. – No, odezwij się ! Nie cieszysz się, że dostaliśmy takie szczególne zlecenie ? Dzisiaj zostaję u ciebie, mam nadzieję, że będzie warto ...
Spojrzała na mnie zalotnie i uśmiechnęła się zachęcająco.
Ściągnęła buty w przedpokoju, odsłaniając długie, zgrabne nogi. Kołysząc kusząco biodrami weszła do pokoju. Usiadła na niskim fotelu, dyskretnie ukazując to, na co mężczyźni często zwracają uwagę.
- No, chodź do mnie ty głuptasie ! Tak się cieszę, że dostaliśmy tę sprawę ! Przez parę dni odpocznę od tych codziennych, męczących mnie zajęć w adwokaturze ! Było mi to teraz bardzo potrzebne. No i zarobimy przecież dodatkowe pieniądze ! Spłacam raty za meble, czynsz też nie jest tani ... jak myślisz, damy sobie radę ...?
- Tylko major pewnie świeci oczami dookoła, wstydząc się, że jego ludzie są bezradni w tej sprawie i zmuszony jest zatrudnić ludzi z zewnątrz do rozwikłania tej zagadki – odpowiedziałem, nalewając wódkę z sokiem do szerokich szklanek z grubego szkła.
Jedną z nich podałem dziewczynie i siadłem w fotelu obok . Spojrzałem na partnerkę.

-3-

- Coś ty taki dzisiaj nie w sosie ? – zapytała ponownie.
Wyglądała pięknie. Czarne pończochy na smukłych nogach, krótka biała spódniczka i ciasny sweterek opięty wokół piersi .
- Jestem jakoś zmęczony ... – przyznałem się.
- Nie chcę tego słuchać ! – gwałtownie zareagowała partnera. – No, chodź tu do mnie ! Nie pamiętasz jak jeszcze niedawno baraszkowaliśmy razem ...? Było tak cudownie ... – rzekła, wyciągając do mnie rękę.
- Naprawdę jestem dzisiaj bardzo zmęczony, ostatnio nie mogę spać ... – powtórzyłem nerwowo, pociągając spory łyk alkoholu.
- Co ci jest u licha ? Chyba nie potrzebnie tu przyszłam ! Jaka szkoda ! – zezłościła się dziewczyna. – O co ci chodzi ? Nie chcesz mnie już ...?
- Wybacz kochanie, ale nie jestem w formie – rzekłem nalewając sobie kolejną porcję trunku. – Na nic nie mam siły ...
- Nie za dużo pijesz ? Powiedz, co ci jest ? Jesteś ostatnio jakiś inny, nie poznaję cię !
- Mario, to tylko takie małe przemęczenie, taki mały kryzys ... Po prostu potrzebuję krótkiego odpoczynku ...
- No, dobra ! – przerwała mi dziewczyna. – W takim razie lecę do siebie ! Zawiodłeś mnie dzisiaj ! Nie chcesz mi powiedzieć, twój problem ...
Rozczarowana kobieta ubierała buty w przedpokoju, a ja patrząc na nią poczułem przykrość i wyrzuty sumienia, że nie sprostałem oczekiwaniu partnerki.
- Wielka szkoda ... – dobijała mnie. – Żałuj, bo dzisiaj miałam wyjątkowo ochotę na małe szaleństwo !
Zarzuciła palto na plecy i energicznie zamknęła drzwi za sobą. Nie zdążyłem ją pożegnać. Nalałem sobie następnego drinka i rozłożyłem się w fotelu. Myślałem o tym, co powiedział nam major policji.
Rzecz miała się w tym, że od dłuższego czasu nie można było zakończyć pewnego śledztwa. Zagadka dotyczyła zaginięcia dwóch osób w tym samym czasie i miejscu w ciągu zaledwie jednego tygodnia. Te osoby, to młody porucznik policji Adam Ker i dziewięcioletnia dziewczynka, którą młody adept wymiaru sprawiedliwości wcześniej usiłował odnaleźć. Nie wiadomo, co się z nimi stało. Znikli jak kamień w wodę.
Wszystko zaczęło się od tego, że policja otrzymała zgłoszenie o zaginięciu dziecka. Trwające parę dni czynności poszukiwawcze doprowadziły do pewnego miejsca. Sprawdzono je kilkakrotnie, ale bez rezultatu. Młody porucznik jednak uparł się i kiedyś sam zawitał w podejrzanym miejscu. Od tego czasu i jego nikt nie widział.
- Co to za miejsce ? – dopytywałem się wtedy majora Jonsona.
- To taki mały gotycki zameczek na końcu miasta, czy coś w tym rodzaju ... – wyjaśnił mi oficer. – Nie znam się na architekturze. Jest otoczony wysokim murem i parkiem, czyniąc go trudno dostępnym. Spenetrowaliśmy go dokładnie, od piwnic aż po strych i nic nie znaleźliśmy. Mieszkają tam bardzo uprzejmi państwo. Jakaś stara arystokracja . Mają służbę, stare antyczne meble, maniery i wyrażają się elegancko... –wyjaśniał mi. - Naprawdę nic tam nie znaleźliśmy, a ci arystokraci wydają się być czyści i o niczym nie wiedzą. Jednak mamy świadków, którzy widzieli porucznika, wchodzącego do ich domu, a wcześniej dostaliśmy sygnał, że przebywa tam jakaś dziewczynka ... dziwne, sam nie wiem ... Żadnych motywów ... Co w takiej sytuacji mogliśmy zrobić ? Teoretyczne domysły to za mało i musimy mieć dowody ! Nic nie możemy zrobić ... ! I to zadanie jest w sam raz dla pani ... – grubas pokłonił się pani adwokat.


-4-

- Naturalnie ! – niemal krzyknęła wtedy z radością Maria, zrywając się podniecona z krzesła. – Oczywiście, zajmiemy się tą sprawą ! Cieszę się, że uwolni pan nas na pewien czas od nudnej, papierkowej pracy ! Chętnie podejmiemy się wyjaśnienia okoliczności zaginięcia porucznika i dziewczynki. Może pan na nas liczyć !
- Postaramy się, ale niczego nie obiecujemy ... – zastrzegłem jednak zaraz, spojrzeniem karcąc swoją zbyt rozentuzjowaną partnerkę. – Zorientujemy się, rozejrzymy, popytamy ... jaki to adres ... ?

C.d.n ...


Re: " Dom Bartmanów " - kryminał w/g Mikesza ... - Ashes - 10-04-2016

Ciekawe... czekam na ciąg dalszy Uśmiech


Re: " Dom Bartmanów " - kryminał w/g Mikesza ... - Mikesz - 10-04-2016

II.

W nocy znów śniły mi się koszmarki. Zawsze tak było, gdy wypiłem sobie za dużo. Nad ranem miałem małego kaca, ból głowy , pragnienie i poczucie zmęczenia. W pokoju było zimno, bo kaloryfery jeszcze nie grzały. Zadzwoniłem do Marii i umówiłem się na spotkanie w związku z wizytą w tajemniczym domu.
O dwunastej stawiliśmy się u bram podejrzanego miejsca. Byliśmy bez swoich samochodów. Kobieta zostawiła swój pojazd w warsztacie, a ja moim nie mogłem wyjechać z podwórka, bo jakiś idiota zablokował mi wóz na amen.
Staliśmy przed odrapanym murem z rzeźbionymi kolumienkami na górze, co kilkanaście metrów i bardzo starą zardzewiałą bramą z zasuwą na środku. Nacisnąłem domofon. Długo musieliśmy czekać, kiedy służący w końcu otworzył kraty. Zanim weszliśmy do środka musieliśmy wyjaśnić mu o co nam chodzi.
Przeszliśmy przez zaniedbany, pełnym liści park i stanęliśmy przed średniowiecznymi drzwiami zameczku. Służący wpuścił nas do środka. Na ścianach - niby w przedpokoju –zobaczyłem duże portrety postaci, w rogach pomieszczenia komody, a na nich złotawe olbrzymie świeczniki. Była porcelana schowana w oszklonej gablocie, chyba perski dywan na podłodze, głośno cykający zegar, jakieś posągi, wysoki, biblioteczka. Wysoki, w drewnie sufit. Wszystko było starodawne, jakby z poprzedniej epoki. Nawet zapach powietrza był jakby inny.
Przedstawiliśmy się grzecznie.
- Zapraszamy niespodziewanych gości ... zapraszamy ... proszę wejść dalej . Czym możemy służyć ? Policja już u nas niejednokrotnie była i sprawdzała wszystko, nie rozumiemy tego ... ale proszę bardzo, nic nie mamy do ukrycia ... – kłaniano się nam. – Może herbaty, kawy albo coś mocniejszego ? Taka paskudna pogoda ! Hubercie, zaprowadź państwa do salonu ! – zwrócono się do kamerdynera, zupełnie łysego i otyłego mężczyzny w pasiastej kamizelce.
Gospodarz domu był starszawym jegomościem, ubrany w niemodny już garnitur, a ona chudą i brzydką pięćdziesięcioparoletnią kobietą w długiej spódnicy i różowej bluzeczce z koronkami pod szyją. Oboje wydali się jednak sympatyczni i uprzejmi.
- Czym zawdzięczamy państwa wizytę ?- zapytali, bystro na nas spoglądając.
Wyjaśniliśmy cel naszej wizyty.
- Ach, to ci zaginieni ... – westchnęła ciężko gospodyni. - Wciąż o nich chodzi ? Nie odnaleźli się jeszcze ? Nie rozumiem, dlaczego państwo się trudzą i szukacie ich właśnie tutaj ... ? Dlaczego mieliby tutaj bywać ? My o niczym nie wiemy ! Wyjaśnialiśmy już to policji tyle razy !
- Podobno widziano tutaj tą dziewczynkę i policjanta, są świadkowie, mogą zaświadczyć w sądzie ... – nieśmiało bąknęła Maria.

-5-

Uważnie rozglądnęła się po obszernym pomieszczeniu.
- Policjant, owszem bywał, ale wychodził ! – odpowiedział gospodarz domu
Trafiliśmy do dwupiętrowego budynku z czerwonym, spadzistym dachem, po obu stronach którego stały dwie okrągłe baszty. Długi gdzieś na 50 metrów robił ponure wrażenie. Wokół niego rozciągał się zaniedbany ogród, a w nim stała nieczynna fontanna zasypana liśćmi. Zniszczone ławki, klomby, alejki.
- Czy oprócz państwa ktoś jeszcze tu mieszka ? – zapytałem, wyglądając przez duże okno.
- Nie, skądże ! Tylko my jesteśmy tu przedstawicielami i dziedzicami tych wszystkich dóbr. Oczywiście mieszka na nami nasza wierna służba... ale proszę siadać, spocząć ... – wskazała nam krzesła w salonie chuda kobieta.
Siedliśmy na niewygodnych meblach przy olbrzymim okrągłym stole.
- Wierna ? A jak bardzo ? – zaciekawiłem się.
- Bardzo do nas przywiązana ! Od lat nie zmienialiśmy ani kucharki, ani pokojowej czy kamerdynera. Są to osoby bardzo lojalnie wobec nas. – odpowiedział grubym, niskim głosem właściciel podejrzanego zameczku.
- Chcieliśmy obejrzeć dom ... – zażyczyłem sobie. – Czy nie macie państwo nic przeciwko temu ?
- Nie będziemy stawiać żadnych trudności ! - zgodził się mężczyzna. – Choć sądzę, że zdaje sobie pan sprawę, że przystać na to wcale nie musimy. Bez nakazu sądowego mógłbym państwa wyprosić ... – ton gospodarza nieco się zmienił.
Maria spojrzała prosząco w oczy starszemu mężczyźnie.
- Lecz pan tego nie zrobi, prawda ? Pan chyba nie ma nic do ukrycia ?
- Uczynię to tylko dla pani ... Nie mogę odmówić sobie przyjemności towarzyszenia jej po pokojach ... – ukłonił się jegomość i usiłował dotknąć dłoni dziewczyny. – Ale może państwo jednak czegoś ciepłego napiją się ?
Odmówiliśmy, a Maria zaraz cofnęła rękę i spojrzała na mnie nieco zmieszana.
- Chcielibyśmy obejrzeć nie tylko pokoje, ale także piwnicę i strych ...
- W takim razie proszę za mną – skinął głową wysoki i dobrze zbudowany właściciel posiadłości. – Może najpierw przedstawię się ... Nazywam się Bruno Bartman, a to moja żona Rita – skłonił się wytwornie.
Wstaliśmy i podaliśmy sobie dłonie
- Może zaczniemy od samej góry – zaproponowała chuda kobieta, nerwowo poprawiając włosy. – Ale uprzedzam, na strychu jest pełno kurzu i pajęczyn. Ja tam nie wejdę, bo mam alergię !
- Zajmie nam to trochę czasu. Nasza posiadłość posiada wiele pomieszczeń ... – uprzedzał nas gospodarz domu, wskazując dłonią na szerokie, drewniane schody, prowadzące na górę. – Jeżeli państwo pragniecie obejrzeć wszystkie, spędzicie tutaj sporo czasu ....
- Zatem prosimy o wyrozumiałość i zrozumieć, że to nasza praca. Zaginęły dwie osoby i musimy jeszcze wszystko raz sprawdzić ... Wiemy, że przed nami zrobiła to policja , ale ... – zacząłem.
- Ależ nie ma problemu! – przerwano mi. - Powtarzam, nie mamy nic do ukrycia. Państwo pozwolą przodem ...
Strome schody złowróżbnie skrzypiały pod nogami. Pomyślałem, że ów mężczyzna pewnie gapi się na nogi mojej partnerki. Miała na sobie brązową kurteczkę, krótką spódniczkę i wełniane rajstopy na zgrabnych nogach. Od momentu wejścia do tego domu zauważyłem, że oczy gospodarza świecą się na widok młodej kobiety. Zresztą, nic dziwnego. Poza tym

-6-

zorientowałem się, że w tym budynku było tyle przeróżnych pomieszczeń, korytarzy, drzwi, że chyba nie sposób kogoś tu odszukać, jeżeli taki chciałby się ukryć. Było rzeczą niemożliwą zaglądnąć do każdego kąta.
Dotarliśmy zasapani na samą górę.
- Oto strych w całej okazałości ...– wysapał po chwili zamęczony spinaczką po schodach pan Bartman. – To jedno wielkie pomieszczenie, bez ścianek działowych, zatem łatwo będzie je obejrzeć. Nie ma prądu, jakoś nie mogę zabrać się do sprawdzenia instalacji elektrycznej. Zresztą my tu w ogóle nie zaglądamy ... - powiedział, otwierając przed nami drzwi. – Będzie musiało wystarczyć światło przedostające się z tych małych brudnych okienek ...
- Poradzimy sobie, jest wystarczająco widno – stwierdziłem i pierwszy wszedłem do środka.
Strych jak strych. W kacie stał zardzewiały rower bez jednego koła, rozwalone meble pełne pajęczyn, rozprute fotele, duży kufer ze szmatami w środku, zwinięte w rulony dywany, parę pudeł kartonowych, rozkręcona kosiarka do trawy, śmieszny przedwojenny wózek dziecinny, żyrandol, spróchniałe drzwi oparte o ścianę i inne drobiazgi.
Spojrzałem na Marię. Chyba chciała coś wyczuć swym szóstym zmysłem, ale coś ją rozpraszało. Świdrujące spojrzenie właściciela domu było aż za nad to widoczne. Obszedłem cały strych i nie zauważyłem nic podejrzanego. Para gospodarzy domu stała w drzwiach i uważnie się nam przyglądała.
- No i co ... ? Wyczuwasz coś ...? – szepnąłem do ucha swej partnerce.
Dziewczyna pokręciła przecząco głową. Zeszliśmy w dół.
- Proszę, wszystko udostępnimy ... – puszczono nas przodem. – Na prawo są pokoje, a na lewo pomieszczenia gospodarcze ...
- Możemy je zobaczyć ?
- Och, to są małe pokoiki, gdzie trzymamy bieliznę, firanki, zasłony, miotły i odkurzacz. To królestwo naszej pokojówki, zresztą proszę spojrzeć ...
- A czy możemy porozmawiać z tą pokojówką ? – wtrąciłem.
- Niestety nie, bo dzisiaj akurat ma wolne. Pracy nie jest dużo, mieszkamy sami – odpowiedziała uprzejmie pani Rita.
- Tylko we dwoje ? W tak olbrzymim domu ? – dziwiłem się, wychodząc z pomieszczenia gospodarczego. – To przecież jest jak mały zamek ! Tyle tu miejsca i wszystko puste ! Naprawdę romantycy z państwa ...
- Raczej przyzwyczajenie. Tu czujemy się najlepiej. Od pokoleń ta budowla służy naszej rodzinie. Niestety, nie posiadamy dzieci, a krewni porozjeżdżali się po świecie, wie pan jak to jest. Zostaliśmy sami. My starsi już nie mamy tylu sił i zapału co kiedyś, by dbać o dom ... – przyznawał pan Bartman, smutno kiwając głową. – Dlatego jest trochę zaniedbany, zwłaszcza ogród ... Ale latem jest tam przepięknie !
- Można byłoby tu urządzić hotel, albo jakąś szkołę. Pieniądze płynęłyby rzeką – stwierdziła Maria. – Nie myśleli państwo o tym ?
Pierwsza weszła do pokoju z brzegu.
- Nam najbardziej potrzeba ciszy i spokoju, a nie hałasu nowoczesnej muzyki czy wrzasku obcej dzieciarni – odparła gospodyni domu, podchodząc do okna. – Bruno, znów będzie padać, a ja tak nie znoszę deszczu !
Pokój wyglądał skromnie. Tapczan i stolik z lat 60 – tych, szafa z książkami, krzesła, wytarty dywan i brzydki obraz krajobrazu wiszący krzywo na przyblakłej ścianie. Podobnie wyglądały pozostałe pokoje. Bez wyrazu, szare i nudne. Tylko jeden odbiegał wyglądem od reszty. Duży, jasny z kominkiem i obszernym, kwadratowym łożem z baldachimem.

-7-

Przy ścianie stał brązowy, błyszczący stół z tuzinem krzeseł. Wiszące portrety postaci patrzyły w dal. Zobaczyłem fotel bujany, kolejną biblioteczkę i zadbany, połyskujący parkiet na podłodze.
- To nasz gościnny – wyjaśniała pani Rita. – Jest bardzo przytulny, prawda ? Oboje go bardzo lubimy.
- Owszem – zgodziłem się. – Jest zdecydowanie ładniejszy od pozostałych. A czy w tym kominku się pali ?
- Rzadko, czasami w chłodne dni – odrzekł gospodarz.
Z Marią starałem się obejrzeć każdy metr pokoju, mebel, ściany, a nawet sufit.
- Państwo pozwolą dalej – poganiał nas starszy jegomość.
Zaglądnąłem pod obrazy a potem siadłem na miękkim łóżku.
- Chyba pan nie myśli, że pod malowidłami pochowałem rozczłonkowane części ludzkie, a pod łóżkiem leży rozkładający się trup ? – uśmiechał się ironicznie pan Bartman.
Zaczerwieniłem się i nieco speszyłem.
- Pan wybaczy, musimy wszystko sprawdzić, takie nasze zadanie – broniła mnie Maria.
- Ależ wybaczam ! Ja pani wszystko wybaczę !
Wyszliśmy z pokoju, zaglądnęliśmy jeszcze do łazienki i zeszliśmy na pierwsze piętro. Tam było podobnie. Parę nieładnych, skromnych pokoi, korytarz, kolejne pomieszczenie dla służby. Znów szturchnąłem dziewczynę i odciągnąłem ją na bok.
- I co ... ?
- Absolutnie nic nie wyczuwam ... ! Ten dom jest bardzo dziwny ... !
- To i ja wiem !
Parter wyglądał już nieco inaczej. Obszerny salon, a w nim dwie kanapy, regały po sufit wypełnione książkami, wysoka, rozłożysta palma w doniczce. W kącie stał nowoczesny sprzęt RTV, dalej szafy, stół, krzesła a na ścianach zamontowane były świeczniki. Grube kotary zasłaniały okno.
- Można otworzyć tą szafę ? – zapytałem.
- Naturalnie. Może pan nawet do niej wejść i sprawdzić, czy nie ma tam tajnych przejść – ironizował właściciel domu.
- Proszę sobie z nas nie kpić – zareagowała Maria.
Pan Bartman uśmiechnął się do niej.
- Tylko żartuję. Rzadko przyjmujemy gości, zwłaszcza tak sympatycznych, jak państwo. Ta wizyta jest dla nas pewną atrakcją, przerwaniem monotonii dnia codziennego, prawda Rito ? – zwrócił się do swojej żony.
Doskonale zdawałem sobie sprawę, że w takich starych budowlach jak ta, często były robione przeróżne skrytki i tajne przejścia, które bardzo trudno było odnaleźć.
- Pozostała jeszcze kuchnia, jadalnia, toaleta , piwnice ... no i te dwie baszty – zakomunikowała chuda gospodyni domu.
W kuchni zastaliśmy krzątającą się grubą kucharkę, która spode łba wrogo na nas spoglądała. Dalej była spiżarnia i tylne wyjście. W jadłodajni posępny kamerdyner wolno polerował błyszczący blat okrągłego stołu.
- Do baszty tędy ... – wskazywał kierunek właściciel nieruchomości. – W niej absolutnie nic nie ma. Sam kamień. Kiedyś, parę lat temu tutaj film fabularny kręcili. Historyczny.
Kamienne, strome i wąziutkie schodki pięły się w górę. Dało się wyczuć nieprzyjemny zapach stęchlizny i chłód.

-8-

- A do tej drugiej baszty w tamtą stronę proszę ... – prowadził nas dalej starszy pan. – Czy szanowni państwo znaleźli już jakieś zarzuty wobec nas ? – nie przestawał ironizować pan Bartman.
- A co jest za tą ścianą ? – zainteresowała się Maria, przechodząc z baszty z powrotem do jadłodajni.
- Jak to co ? Przecież pani widzi, że ta baszta ! – trochę nieuprzejmie odpowiedziała Rita.
- Aż taki gruby mur byłby między nimi ...? Będzie przecież ze dwa, trzy metry !
- Proszę pani, kiedyś tak budowano ! To był obiekt obronny ! Te mury muszą być solidne ! – wtrącił pan Bartman, wlepiając gały w moją towarzyszkę.
Druga baszta okazała się identyczna, jak poprzednia. Zimna, brudna, trochę cuchnąca i tonąca w półmroku.
- Wracamy do salonu. Napijemy się dobrej, angielskiej herbaty – zaproponował gospodarz. – Nieco już zmarzliśmy !
- Nie, dziękujemy – odparłem. - Sprawdzimy jeszcze piwnicę i park i na tym skończymy – zdecydowałem. – I tak zabraliśmy państwu dużo czasu.
Byłem zły, że nic nie udało się nam znaleźć. Chciałem wracać do domu, czułem się zmęczony i dokuczał mi mały kac. Zdałem sobie sprawę, że zbyt pobieżnie oglądamy cały dom, by trafić na jakiś podejrzany ślad.
Cała nadzieja była tylko w Marii. Niestety, spoglądając raz po raz dyskretnie na mnie, kręciła przecząco głową.
- Ależ ja nalegam ! – Bartman położył mi dłoń na ramieniu. – Przecież mamy czas ...
- Dobrze, ale tylko na moment ... – wyręczyła mnie moja dziewczyna.
Powróciliśmy do ciepłego, przytulnego salonu i siedliśmy przy stole. Obawiałem się, że nasza krótka wyprawa do tego dziwnego domu zakończy się fiaskiem. Niepotrzebnie zawracaliśmy głowę mieszkańcom i w pewnym sensie kompromitowaliśmy się. Byłem zły na majora Jonsona i na samego siebie. Niezadowolony nie odzywałem się, a inicjatywę rozmowy oddałem pozostałym.
- Hubercie, podaj gorącą herbatę ! – zawołała do stojącego w drzwiach kamerdynera pani Rita. – Tylko pośpiesz się !
Po chwili niezręcznego milczenia, gospodarz domu zapytał wprost.
- A więc, żadnych zastrzeżeń wobec nas państwo nie macie... ?
- Nie – burknąłem tylko.
- Chyba, że w piwnicy znajdą państwo wysuszone szkielety, a w słojach na półkach obok, zakonserwowane ich mózgi ... – dalej drwił sobie z nas pan Bartman.
- A fe Bruno ! Przestań ! Państwo wypełniają tylko swoje obowiązki ! Przepraszam za niego. Jest niepoprawny. Od dziecka uwielbia czarny humor.
Bartman ze swoją żoną siedział naprzeciwko nas i czerwony na twarzy przyglądał się Marii.
- Czemu pan tak na mnie patrzy ...? – zniecierpliwiła się w końcu dziewczyna i poruszyła się niecierpliwie na krześle. – Czy chce mi pan coś powiedzieć ?
- Ach, nie tylko chciałbym z panią rozmawiać ... – mrugnął do niej okiem mężczyzna.
Cicho chrząknąłem, bo ta sytuacja zaczynała mi się nie podobać. Z całą pewnością moja partnerka wpadła w oko postawnemu lokatorowi zameczku.
- Bruno, zawstydzasz panią ...! – ponownie strofowała swego męża Rita. – Gdzie twoje maniery ?
- Chcielibyśmy rozstać się we wzajemnym szacunku .. – dodałem zaraz.
- I tak będzie !

-9-

Gospodarz domu wstał od stołu, podszedł do okna i otworzył je szeroko. Głośno wciągnął powietrze do płuc.
- Ale świeże ! Samo zdrowie ! Uwielbiam ten zapach !
- Ja jednak mój drogi, jak wiesz, nie znoszę takiej pogody ! Listopad i deszcz ... Brrr ... Proszę cię, zamknij to okno ! – zwróciła się do męża starsza kobieta.
Do salonu wkroczył kamerdyner, niosąc przed sobą tacę z filiżaneczkami i czajniczkiem. Położył ją na stole, skłonił się i wyszedł cicho zamykając drzwi za sobą.
Bartman niechętnie zamknął okno i stanął za krzesłem Marii. Gospodyni domu rozłożyła filiżanki i nalała herbaty.
- Z cukrem czy bez ?
Tymczasem właściciel zameczku dalej kontynuował swój rytuał uwodzenia mojej kochanki. Stanął za jej plecami i rzekł :
- W rozpuszczonych włosach byłoby pani jeszcze ładniej !
- Proszę pana to nie pora i miejsce na komplementy – Maria odwróciła głowę nieco zakłopotana. – Nie jestem tu prywatnie !
- Na to zawsze jest pora ! Wszędzie trzeba doceniać uroki tego świata, wręcz na każdym kroku powinno się je zauważać ...
- Bruno, przywołuję cię do porządku ! – pochmurnie popatrzyła na swego męża pani Rita. – Dość tego !
Ale zaraz potem łagodnym tonem zachęciła nas do poczęstunku.
- Proszę pić herbatę, bo wystygnie.
Starszy jegomość usiadł na swoim miejscu. Napój był wyjątkowo gorzki i niesmaczny. Starałem się go przełknąć bez wyrazu grymasu. Pewnie podobnie czuła Maria, bo piła wolno małymi łyczkami.
Wiedziałem, że przez cały czas starła się uruchomić swoje zdolności i zmysły, wyłapać coś nieuchwytnego gołym okiem. Dałoby to jej jakiś punkt zaczepienia i zrobiłaby pierwszy krok w kierunku rozwiązania zagadki zaginięcia porucznika i dziewczynki. Jednak wydało mi się, że kobieta w ogóle nie mogła się skupić. Niemal przez cały czas czuła na sobie badawcze spojrzenia właścicieli domu.
Po krótkiej wymianie paru grzecznościowych zdań, udaliśmy się obejrzeć piwnice.
- To tylko parę pomieszczeń, nic tam nie trzymamy oprócz opału – uprzedzała pani Rita. – I jest tam bardzo nieprzyjemnie !
- Tak jak i na strychu, brakuje tam światła. Trzeba wziąć latarkę i świecznik. Mamy jedną w domu, tylko gdzie ja ją schowałem ? – zastanawiał się Bartman i wyszedł na chwilę z salonu.
Wrócił po minucie, trzymając ją w dłoni
Od jadalni wychodził mały korytarzyk. To przy nim znajdowały się drzwi od piwnicy. Po ich przekroczeniu otoczenie zmieniło się radykalnie. Zeszliśmy śliskimi, stromymi schodami w dół. Zobaczyłem brudne, cuchnące ceglane mury, betonowe podłoże, wąski tunel i drzwi zbite z samych desek. Sam jakbym zaczął wyczuwać wokół siebie zło. Wyraźne, zimne, czające się gdzieś przed nami w ciemności.
Wątle światło padające ze świecznika i latarki bardzo słabo oświetlało drogę. Zadrżałem. Maria złapała mnie za rękę i przytuliła się do mnie. Poczułem jej ciepły oddech. Spojrzałem na nią. Mimo okoliczności, w blasku świec wyglądała ślicznie. Tańczące cienie migotały na jej subtelnej twarzy, pobłyskiwał złoty łańcuszek na szyi i malutkie kolorowe kolczyki na uszach. Długie rzęsy kładły cienie na policzki i czerwone usta . Poza tym ten jej ciasny sweterek ...
Minęliśmy składzik opału i wolno przeszliśmy dalej. Korytarz nagle kończył się.

-10-

- Dlaczego zamurowano to przejście ? To chyba świeża robota ? – odezwałem się, przyglądając się ścianie. – Niestety, musimy wszystko sprawdzić i trzeba zburzyć ten mur !
Gospodarze tłumaczyli, że zamurowali dalsze przejście, bo walił się strop, szczury stamtąd wychodziły i wody gruntowe zalewały resztę piwnicy.
- Stemplowanie stropu nie pomogło, a na wiosnę mamy plany remontować całą piwnicę. To niebezpieczne miejsce ! – twierdził Bartman. – Czy to konieczne ... ? Zdecydowanie odradzam ... !
- I policja w to uwierzyła ? Nie kazali rozbierać muru ? – pytała z niedowierzaniem Maria.
- Sądzi pani, że zmordowaliśmy ludzi, a ich ciała ukryliśmy za tą ścianą ? Nonsens ! Musieliby mieć jakieś konkretne podejrzenia ! Dlaczego mielibyśmy pozbawiać życia niewinne osoby ? W ogóle wizyty policji i państwa u nas to jakiś koszmar ... – kręcił głową właściciel posesji. – Proszę nie robić nam bałaganu i kłopotów ...
- Pragniemy tylko ciszy i spokoju, a nie hałasującą ekipę budowlaną – wzdychała pani Rita. – Proszę odstąpić !
- To nie jest możliwe – mój ton był stanowczy. – Musimy sprawdzić wszystko, nawet najbardziej nieprawdopodobne hipotezy, państwo wybaczą ... Odnalezienie zaginionych osób to dla nas najwyższy piorytet ...
- Zadzwonię na komórkę majora Jonsona - Maria ochoczo sięgnęła do torebki po aparat. – Niech jutro z rana przysyła ekipę i formalny nakaz.
- Zaraz ... zaraz ... Chwileczkę. Po co od razu cała ekipa ? Nam żaden rozgłos nie jest potrzebny ... – oponował gospodarz zameczku. – Przecież możemy zrobić to zaraz od ręki, raz dwa i po krzyku ...
- Jak to ?
- Przyniosę ciężki młot, paroma uderzeniami wybiję dziurę i będziemy mogli przejść dalej ... mur nie jest gruby, jaki problem ...?
Zawahałem się.
- Apeluję do pana dobrej woli – Bartman znów położył mi dłoń na ramieniu. – Oszczędzimy sobie czasu i niepotrzebnego zamieszania. Daję panu słowo, że za pięć minut znajdzie się pan po drugiej stronie.
Pytająco spojrzałem na Marię. Ta kiwnęła głową.
- To leć pan po ten młot – zdecydowałem się.
Gospodarz w pośpiechu popędził po narzędzie.
- Państwo jesteście wyrozumiali, dobrego serca ... – rzekła pani Rita, gdy czekaliśmy na właściciela domu. – I dobrze wam z oczu patrzy ...
W jednej ręce trzymałem świecznik, a w drugiej dłoń partnerki. Czułem wilgoć, chłód, odór zgnilizny. Słaby blask światła ukazywał odrapane łukowate sklepianie, sypiący się tynk ze ścian, pajęczyny.
- Nie podoba mi się to ... – szepnęła mi do ucha dziewczyna. – Boję się. Może trzeba było wezwać policyjną ekipę ?
- A czujesz coś ?
- Tylko niepokój. Nic konkretnego.
- Już jestem ! – wołał z daleka pan Bartman.
Zdyszany znalazł się tuż przy nas i pomachał dużym, żelaznym młotem.
- Do dzieła ! Proszę odsunąć się, by nie pobrudzić marynarki i spodni !
Zamachnął się i po paru uderzeniach mur zaczął się kruszyć. Mnie pozostało zadanie oświetlania miejsca rozbiórki.

-11-

- Dlaczego nie poprosiłeś Huberta ? – zwróciła się Rita do męża. – Jeszcze sobie coś zrobisz !
- Mam prawie siedemdziesiąt lat, ale stać mnie jeszcze na takie wyczyny – sapał Bartman. - Od czasu do czasu muszę użyć swoich mięśni, aby nie zwiotczały ...
Po paru mocnych uderzeniach ukazał się w ścianie nieduży otwór.
- Może teraz ja ... !– zaproponowałem widząc, że starszy pan się męczy.
Każde moje uderzenie powiększało wyłom. Maria trzymała świecznik w ręce i z pewnym niepokojem patrzyła na mój wysiłek.
- Proszę pana ! – nagle krzyknęła maja partnera. – Co pan robi ?
Znieruchomiałem i spojrzałem za siebie.
- Proszę zabrać te łapy ode mnie !
Zbaraniałem. Najwyraźniej gospodarz domu dobierał się do mojej dziewczyny. Nie wiedziałem, jak zareagować. Co za głupia sytuacja !
- Przepraszam, to przypadkowo ... jest tak ciemno ... – tłumaczył się Bartman. – Proszę o wyrozumiałość ...
Nie odezwałam się, bo cóż miałem powiedzieć ? Pomyślałem, że z nim może być coś nie tak.
Dalej kułem mur, ale raz po raz zerkałem na podejrzanego starszego pana. W chwilę potem otwór w murze był dostatecznie wielki, aby można było przez niego przecisnąć się. Zmęczyłem się, powietrza w piwnicy było mało i oczywiście także cały zakurzyłem się.
- Wchodzimy ... zapraszam dalej, skoro państwo tak sobie życzyli ... – oznajmił pan Bartman.
Wziął od żony latarkę i pierwszy wsunął się w otwór. Ja podążyłem za nim, a przy mnie płochliwie kuliła się Maria. Właściciel zameczku dotrzymał słowa. Nie minęło pięć minut i byliśmy po drugiej stronie przeszkody.
- Teraz musimy poruszać się ostrożnie. Jak wspominaliśmy, to jest niebezpiecznie miejsce, fragment stropu może w każdej chwili się zawalić ... Wprawdzie jest podstemplowany, ale ostrożności nigdy nie za wiele – powiedział Bartman i świecił latarką po murach.
Pomieszczenie było mokre, brudne, śmierdzące, zimne. Kamienny grób. Ciarki przechodziły mi po plecach i u mojej towarzyszki pewnie też. Z boku korytarza odchodziły puste pomieszczenia bez drzwi.
- Czy te piwnice nie mają okien ? – zapytałem.
- Dawno temu zostały zamurowane ... ! – odpowiedziała spokojnie pani Rita, idąc na końcu. – Dlaczego muszę zgadzać się na tego typu bezsensowne eskapady ... ?
- Nie sposób tu wszystkiego sprawdzić. Przy takim świetle i warunkach, to jest niemożliwe ... – stwierdziłem trochę zły.
- A mówiliśmy ! – ton gospodarza domu był pełen satysfakcji.
- A co dalej jest ... ?
- Korytarz zaraz się kończy – informował nas starszy jegomość. – Proszę uważać na szczury, jest ich tutaj mnóstwo i zupełnie nie boją się ludzi ! To ich królestwo, nie możemy ich w żaden sposób wytępić. Potrafią nawet człowiekowi wejść na nogi ... – ostrzegał.
- Niech pan mnie nie straszy ! – pisnęła Maria. – Ja nie znoszę tych stworzeń !
Kobieta przywarła do mnie ciałem.
- Mam dość ! Wracajmy ! – szepnęła mi do ucha. – Ten facet mnie macał ! Dotknął mojej pupy ! To jakiś zboczeniec ! – dodała cicho. – Boję się !


-12-

- Przecież państwo chcieli wszystko obejrzeć, więc proszę dalej... Korytarz już się kończy, jeszcze parę metrów i będziemy mogli wracać – ponaglała nas gospodyni domu.
- Tam cos słychać ... ! – spostrzegła nagle Maria.
Przystanąłem i zacząłem nadsłuchiwać.
- To woda kapie z uszkodzonej rury.
- I nie naprawicie tego państwo ?
- Podczas remontu wszystko się zrobi.
Twarde, betonowe podłoże kończyło się, a zaczynało miękkie. Nasiąknięta wodą ziemia zamieniona była w błoto.
- Moje buty ! – narzekała dziewczyna. – Całe się zniszczą !
- To proszę tu poczekać na nas, bo dalej jest jeszcze gorzej. Zaraz wrócimy ! – uprzedzał właściciel lochów.
- O nigdy ! Idę z wami !
W ciemności kobieta niechcący potrąciła drewnianą belę, podtrzymującą strop. Coś zaskrzypiało i trzasnęło. Zdążyłem tylko krzyknąć – uwaga !
Rozpaczliwie szarpnąłem partnerkę do siebie. Z góry coś zaczęło spadać i sypać się.
Były to resztki mokrego tynku i małe kawałki cegieł. Cuchnąca maź runęła prosto na nas. Uchyliłem głowę, osłoniłem twarz. Świecznik – zbawienne światło utonąło w błocie. Po chwili było już po wszystkim. Zszokowana Maria leżała na ziemi w ceglanej mazi.
- Nic wam nie jest ...? Nic się państwu nie stało ? – zatroskany Bartman zaraz do nas doskoczył i zaczął świecić latarką.
Jemu i jego współmałżonce nic nie było. Szli przed nami jakieś dwa metry.
- Ach, to tylko rozmoczony tynk ... ! Całe szczęście ! – zaraz stwierdził. - A ostrzegałem ! Może pani wstać ... ?
- O Boże ! Jak ja wyglądam ! Jestem cała w jakiejś mazi ! Brudna i mokra ! Moje ubranie i włosy ...! – lamentowała kobieta.
- Spokojnie, nic się nie stało ... Wracajmy ... – powiedział Bartman i pomógł jej wygramolić się z błota.
Byłem znacznie mniej poszkodowany, ale moja marynarka nadawała się do prania. Dopiero po wyjściu z piwnicy można było stwierdzić w jakim stanie są nasze ubiory. Rita uśmiechała się z politowaniem, a ja pocieszałem Marię.
- Jestem oblepiona błotem i cuchnę ! To okropne ! Co ja teraz zrobię ?! Co za pech ! – załamywała ręce. – Moje ubranie jest zniszczone i jak ja teraz pójdę do domu ! Katastrofa !
Właściciele domu okazali się dobroduszni i uprzejmi.
- Ważne, że państwo są cali i zdrowi. Zostaniecie tutaj, przebierzecie się w nasze jakieś rzeczy i wykąpiecie. Brudne ubrania zaraz włoży się do pralki automatycznej i suszarki. Plamy zejdą, to tylko był stary tynk ... – postanowili.
Bez słowa sprzeciwu przyjęliśmy ich rozsądną propozycję. Zresztą, chyba nie mieliśmy wyboru. Przecież w takim stanie trudno byłoby nam wrócić za dnia do domu.
- Pan uda się z moim kamerdynerem do garderoby i coś sobie odpowiedniego wybierze, a pani niech pójdzie z moją żoną na górę, ona pomoże pani ... – mrugnął do niej zachęcająco okiem.
Wróciliśmy na górę.
Uśmiechnąłem się do partnerki na znak, że wszystko będzie dobrze.
- Głowa do góry, nie przejmuj się, nic strasznego nie stało się, jeszcze będziesz się kiedyś z tego śmiała !

-13-

- Jak to, nic nie stało się ? Cuchnę, a moje rzeczy nadają się do wyrzucenia ! – dziewczyna była zdenerwowana.
Podziękowałem gospodarzom domu za okazaną pomoc i przeprosiłem za kłopot. Wyszedłem po chwili z kamerdynerem z salonu, a Maria trzęsąc się z zimna podążyła na piętro z panią Ritą.

C.d.n ...


Re: " Dom Bartmanów " - kryminał w/g Mikesza ... - Mikesz - 11-04-2016

III.

- Proszę się rozebrać, zaraz przyniosę pani jakieś rzeczy ... – rzekła chuda osoba do Marii.
Ta dygotała. Sztywnymi palcami trudno było ściągnąć z siebie ciasne, mokre i przylegające do ciała ubranie.
- Może pomogę pani ...
Rita podeszła do gościa i pomogła mu ściągnąć ciasny sweterek, co wcale nie było takie łatwe.
- Biustonosz także, szybciutko, bo się pani jeszcze przeziębi ! Spódniczkę i rajstopy też. Ależ to brudne ... ! Łańcuszek proszę schować do torebki ...
Maria krępowała się stać prawie nago przed obcą kobietą, ale cóż mogła zrobić. Bez słowa sprzeciwu zdjęła z siebie odzież.
- Chciałabym się wykąpać ... – wydukała speszona.
- Majteczki też, na co pani czeka ? Wszystko trzeba uprać ! Zaraz zaniosę to do prania- popędzała pani Rita.
Maria z wahaniem ściągnęła bieliznę, opuszczając zakłopotana wzrok w podłogę.
- Może pani podać mi coś do okrycia ? I gdzie jest łazienka, w której mogłabym wziąć kąpiel ?
Chuda dama wyprostowała się i obejrzała Marię od stóp do głów.
- Ładna jesteś... Pewnie ma pani powodzenie u mężczyzn – uśmiechnęła się. – Masz piękne, jędrne piersi i zgrabne nogi ... – wyciągnęła dłoń, jakby chciała dotknąć ciała pani adwokat.
Ale ta cofnęła się w tył zaskoczona i czerwona na twarzy.
- Proszę się nie obawiać, wszak obie jesteśmy kobietami !
- Przepraszam, ale się krępuję. Paskudnie się czuję i w tej chwili kąpiel jest mi nieodzowna !
- Dlaczego jest pani taka spięta ... ? Ja także kiedyś byłam młoda i śliczna tak jak ty ...
Gospodyni ponownie podeszła do Marii i wyciągnęła dłoń, by dotknąć jej ramienia. Gość znów zrobił krok w tył.
- A jak już pani napatrzy się na mnie, to da pani mi coś do okrycia i wskaże łazienkę ?
Dziewczyna była wściekła na tę niecodzienną niezręczną sytuację. Policzki jej płonęły ze wstydu.
- Bardzo panią przepraszam. Proszę wybaczyć moją ciekawość ... Już pani podaję szlafrok ... – zreflektowała się właścicielka zameczku i pośpiesznie popędziła do drzwi.
Otworzyła je i wyszła. Maria została sama naga w pokoju. Z niepokojem spostrzegła, że chuda osóbka wcale nie zabrała ze sobą jej garderoby. Czyżby zapomniała ? Ubrania leżały przy tapczanie i wyglądały fatalnie. Chciała je ubrać z powrotem na siebie, lecz wstręt do zniszczonych i brudnych rzeczy spowodował, że zrezygnowała z tego zamiaru.
Cała dygotała i czuła się upokorzona.

-14-

Pomyślała o mieszkańcach tej nieruchomości. Zarówno Bartman, jak i jego żona zachowywali się wobec niej erotycznie prowokacyjnie. Wyraźnie podobała się temu małżeństwu. Nie wiedziała, co o tym myśleć. Seksuologia nie była jej specjalnością. Ukończyła prawo, tak jak jej partner.
Jej intuicja w tym miejscu zawodziła na całej linii. Umiejętności spostrzegania pozazmysłowego, czy jasnowidzenia były równe zeru. Nic nie mogła zrobić. Wiedziała tylko jedno. Musi wiać z tego dziwnego domu. Jednak najpierw trzeba wziąć gorącą kąpiel i przebrać się w jakieś suche łachy. Jej misja poszukiwania zaginionych osób okazała się porażką. Jutro major Jonson będzie bardzo zawiedziony, gdy się o tym dowie, ale co ona może zrobić w takiej sytuacji ?
- Proszę mi wybaczyć, że trwało to nieco za długo ... – przepraszała Marię pani Rita, gdy niebawem przekroczyła próg pokoju gościnnego.
Podała jej puchaty, biały szlafrok, klapki na nogi i pokazała łazienkę.
- Zostawiłam tam na stoliczku parę moich rzeczy, może pani sobie coś wybierze ... Niestety, nie są modne ... Jeżeli nie zdecyduje się pani, można zostać w szlafroku ... bardzo pani w nim ładnie ... Brudne ubrania zaraz włożę do pralki ...
Pani adwokat podziękowała, zamknęła drzwi łazienki, napuściła wody do wanny, rozebrała się i zanurzyła się w ciepłej wodzie. Dopiero teraz, podczas kąpieli poczuła jak jej złość mija. Zamknęła oczy i odpoczywała. Pojawił się spokój i równowaga ducha.
Potem dokładnie umyła włosy szamponem, spłukała z siebie cały brud i przykry zapach. Rzeczy pani Rity faktycznie były zbyt staromodne. Jak by w nich wyglądała ? Długie spódnice, babcine koronkowe bluzeczki ... Nie, taki ubiór był nie do przyjęcia. Po namyśle postanowiła do czasu wyprania i wysuszenia jej rzeczy jednak woli zostać w szlafroku.
Wyszła z łazienki i rozejrzała się dookoła. Na całym piętrze nie było nikogo. Wreszcie nadarzyła się sposobność na chwilę koncentracji, samotnego i spokojnego pozostania sam na sam z murami tego domu.
Nie wierzyła już jednak, że cokolwiek może jeszcze się zdarzyć. Weszła do pokoju gościnnego. Nie było tam już jej zniszczonych ubrań. Pozostała po nich ciemna plama na podłodze.
Podeszła do okna. Przypomniała sobie, że jeszcze muszą przecież obejrzeć park wokół zabudowania. Zrobią to później, gdy będą wychodzić. Potem siadła wygodnie w głębokim fotelu i zamknęła oczy. Starała się uruchomić swój szósty zmysł. W wyobraźni zobaczyła smutny widok zameczku z ogrodem. W myślach wędrowała dalej, poprzez wejście do budynku, przedpokój, kształt pokoi, strychu, piwnicę. Tu się zatrzymała. Poczuła coś niedobrego, jakby ktoś walczył o życie ...
- Proszę pani, jest pani proszona na dół do salonu ... – ktoś przerwał jej rozmyślania.
Usłyszała za sobą niski, męski głos. Drgnęła i otworzyła oczy. W progu pokoju stał krępy, łysy kamerdyner w surducie w żółte paski. Mężczyzna popatrzył na nią pustym, obojętnym wzrokiem i zaraz zamknął cicho za sobą drzwi.
Maria poprawiła szlafrok i zeszła na dół.

C.d. n ...


Re: " Dom Bartmanów " - kryminał w/g Mikesza ... - Mikesz - 12-04-2016

IV.

Stałem niezdecydowany przed szeroką, czarną szafą. Pozostawiony sam w garderobie, wahałem się. Wiszący rząd marynarek różnej maści kusił, ale wszystkie okazały się zbyt duże. Gospodarz domu był znacznie wyższy i szerszy w barach ode mnie. Wybrałem

-15-

granatową, by pasowała do niej moja niebieska koszula. Spodni także musiałem sobie poszukać. Moje własne miały wielką plamę na kolanie i poszły do prania. Stojąc przed lustrem stwierdziłem, że nie wyglądam najlepiej.
Żałowałem, że wizyta w tym miejscu okazała się niewypałem, a partnerka zawiodła. A może mieszkańcy tego zacisznego zameczku faktycznie nie mają nic wspólnego z tą sprawą kryminalną ? Może major Jonson się myli ... ?
Czułem się zmęczony i głodny. Gdy tylko ubrania będą gotowe, postanowiłem natychmiast z Marią opuścić ten pechowy dom.
- Coś mocniejszego chyba nie zaszkodzi w oczekiwaniu na finał naszego spotkania ? – powiedział Bruno Bartman do mnie cały rozpromieniony.
Wychodziłem z garderoby, gdy na korytarzu napotkałem właściciela posesji.
- Wybrał pan coś na siebie ... ? Znakomicie ! Chciałem panu zaproponować drinka. Nie często zdarza się, abym miał okazję podyskutować z kimś przy dobrym ginie. Proponuję także mały poczęstunek ... – dodał zaraz widząc na mojej twarzy niezdecydowanie. – Rybki prosta z nad morza !
- Chętnie, nie odmówię ... – przystałem na propozycję.
Weszliśmy do salonu. Na stole stała butelka alkoholu, szklanki z grubego szkła, cały półmisek ryb i maluteńkie kanapki na drugim talerzu. Rozsiadłem się w fotelu.
- Proszę się częstować, zapraszam !
Gin zmieszany z tonikiem smakował mi wyśmienicie.
- Cieszę się, że przy kieliszku czegoś dobrego mam zaszczyt porozmawiać z inteligentną osobą ... – prawił mi komplement Bartman.
Uznałem to za przesadę, ale uprzejmie skłoniłem się.
- Mnie również...
Po chwili zapytałem :
- A gdzie jest moja partnerka ? Czy wszystko z nią w porządku ...?
- Pewnie teraz bierze kąpiel i niebawem zjawi się przy nas ... – tajemniczo ściszył głos mój rozmówca. – Nic złego się jej nie stanie, słowo honoru !
Oczy mu błyszczały i podejrzewałem, że gospodarz już wcześniej sobie coś wypił.
- Wznoszę toast za niespodziewanych gości ! – podniósł szklaneczkę do góry. – Państwa zdrowie i osiągnięcia celów ! Proszę mi łaskawie powiedzieć, co pan sądzi o polityce ... ? – zagadnął po chwili. – Bo ja, proszę pana jestem lewicowy ... Pan nie ...? Ach, centroprawica ... Nie ... przecież oni nie mają żadnego rozsądnego programu ...
Niedługo jednak dane było nam rozmawiać.
- O, zapraszamy do nas uprzejmie ... ! – poderwał się z miejsca właściciel domu, gdy zobaczył Marię wchodzącą do salonu. – Jak pani pięknie wygląda ! Miałem rację, mówiąc, że w rozpuszczonych włosach jest pani fantastycznie ! – lustrował dziewczynę wzrokiem z góry na dół.
Oczy mi świeciły, a twarz wyglądała jak pomidor. Podsunął jej krzesło i szarmancko się ukłonił. Nalał alkoholu do szklanki i podał Marii. Ogarnęła mnie zazdrość.
- Pani zdrowie i niech uroda nigdy nie przemija !
Moja partnerka speszyła się jego zbyt daleko idącą uprzejmością i chrząknęła nerwowo. Siadła przy stole koło mnie, zarzuciła nogę na nogę i wychyliła szklankę do dna. Uwielbiała alkohole dobrego gatunku. Złapała mnie za rękę. Pochyliłem się i pocałowałem ją w policzek. Głupio się czułem, bo wyglądałem śmiesznie w przydługiej marynarce i zbyt obszernych spodniach.
- W porządku, moja droga ... ? – zapytałem ją.
Maria kiwnęła głową. Do salonu weszła pani Rita.

-16-

- Gdzie tak długo pani się podziewała ? Już zaczynaliśmy się niepokoić ! – także siadła przy stole.
- Nie wypytuj się tak, moja droga ... W tej wannie nasz szanowny gość mógł robić, co się mu podoba, no nie ...? – odpowiedział jej mąż.
Zdrętwiałem. Na szczęście dziewczyna odpowiedziała tak, jakby nie dostrzegła seksualnej aluzji starego zbereźnika.
- Nie chcemy narzucać się państwu, najszybciej jak to możliwe, zakończymy tą wizytę. I tak za dużo wywołaliśmy zamieszania ...
- Ależ co pani mówi ... ! Dla mnie pani może nawet ten dom przewrócić do góry nogami ! Osobie tak ładnej, kobiecej i delikatnej pozwoliłbym na wszystko za jeden uśmiech i przychylne spojrzenie na starszego człowieka ... – natychmiast zareagował Bartman. – Młoda, tajemnicza, inteligenta, na stanowisku ... – wyliczał podniecony , lustrując moją partnerkę z góry na dół. – Przyznaję szczerze, że intryguje mnie pani bardzo i wywołuje wspomnienie szalonej młodości ... ! Och, te kobiety ... – rozmarzył się. – Czy rozumie mnie pani ...?
Milczeliśmy zakłopotani, Maria zaczerwieniła się, a ja sięgnąłem po papierosa.
- Można zapalić ?
- Proszę się czuć jak u siebie w domu ... – wyrozumiale zgodził się gospodarz i przyniósł mi popielniczkę.
- Przybycie państwa w nasze skromne progi jest dla nas pewną atrakcją, okazją do porozmawiania i poznania poglądów innych ludzi – dodała gospodyni domu. – Proszę się częstować, rybki są świeżutkie, a ciasteczka upiekła nasza gosposia ... A o czym to rozmawialiście ...? O polityce ...? Ach, to ulubiony temat Bruna ... Nie licząc kobiet, oczywiście ... One zawsze były na pierwszy miejscu i już się z tym pogodziłam ... Zresztą, nie dziwię mu się ... – mówiła chuda damulka, nalewając sobie do szklanki odrobinę ginu. – Pastwa ubrania już są w pralce, za godzinkę będą gotowe. Zapewniam, że posiadamy najwyższej klasy sprzęt ... Wystarczy na koniec poprasować i ubranka będą jak nowe ...
- Jeżeli dobrze zrozumiałem, jest pani bardzo tolerancyjna w stosunku do męża. To naprawdę rzadko spotykana cecha wśród małżeństw, zwłaszcza z pewnym stażem ... –odrzekłem .- Zazwyczaj partnerzy są o siebie zazdrośni. Awantury, wymówki, rozwody ...
- Zgadzam się z panem ! – odparł Bartman. – Ale moja żona jest jakby z innej gliny i dlatego ożeniłem się z nią i wciąż jestem przy niej.
Zauważyłem, że Maria poczuła się nieswojo. Pani Rita także spostrzegła zakłopotanie gościa i zmieniła temat.
- A co państwo sądzą na temat kandydatów w wyborach na fotel prezydenta ...? Ja stawiam na przedstawiciela lewicy ... A co do sytuacji międzynarodowej ...Rosja ...? Ach, to kolos na glinianych nogach ... Unia Europejska ... owszem ...
Niepotrzebnie zacząłem dyskusję.
- Niedługo Europa stanie się drugimi Stanami Zjednoczonymi, zobaczy pan ... Znikną całkowicie granice, bariery celne i nawet językowe ... Wszystko się zmienia, nastaną lepsze czasy ! Koniec wojen i rasizmu ! Wątpi pan ...? A terroryzm ... ? Porodzimy sobie z tą arabską hołotą ! – mówił jak w amoku starszy pan.
A ja wraz z upływem czasu, czułem się coraz bardziej zmęczony. Właściciel zameczku był wykształcony, posiadał wiedzę i potrafił zręcznie prowadzić dialog.


-17-


Po paru minutach zorientowałem się, że przekroczyłem granicę dzielącą rzeczywistość od kolorowej iluzji alkoholowych złudzeń. Niespodziewanie w głowie kołowało mi się, choć wcale nie wypiłem za dużo, zresztą zawsze miałem mocną głowę.
Byłem zły na siebie, że znalazłem się nagle w takim stanie. Spojrzałem na zegarek. Wskazówki migotały przed oczami. Nie byłem w stanie określić godziny. Mój głos zaczął się łamać. Odmówiłem kolejnego toastu. Zdałem sobie sprawę, że jest ze mną źle.
Powoli traciłem kontrolę nad sobą i w szybkim tempie świadomość. Spojrzałem na Marię. Zachowywała się normalnie i swobodnie uczestniczyła w rozmowie.
- Co ci jest, Leon ...? – szarpała mnie za ramię. – Jesteś pijany ... ? Leon, no co ty ...?
Zapamiętałem jeszcze jak ktoś wlókł mnie za ramiona i wszystko dookoła falowało. Nie miałem sił poruszać nogami, chciałem coś powiedzieć, ale nie byłem w stanie. Barwne błyski zatańczyły przed oczami i film mi się urwał.

C.d. n ...


Re: " Dom Bartmanów " - kryminał w/g Mikesza ... - Mikesz - 13-04-2016

V.

- Naprawdę nie mam pojęcia, co mu się stało... zazwyczaj może wypić o wiele więcej ! Wie, kiedy przestać ! Nigdy nie widziałam go w tak opłakanym stanie ! – tłumaczyła partnera zakłopotana Maria. – Naprawdę, nie rozumiem ... tak mi przykro !
Trudno było jej uwierzyć, że jej chłopak upił się jak bela w tak krótkim czasie. Patrzyła z niepokojem i wstydem, jak kamerdyner z Bartmanem prowadzili go prawie nieprzytomnego na górę do pokoju. Co za kłopotliwa sytuacja ... !
Poczuła się okropnie. Pomyślała, że są intruzami, którzy naszli spokojne starsze małżeństwo. Chodzą po całym domu, coś insynują, zaglądają do każdego kąta, rozwalają ścianę.
Mieszkańcy zameczku byli cierpliwi, wyrozumiali, zaoferowali pomoc i poczęstunek, a tu taka kompromitacja ! No, może nie są idealni, te dwa erotyczne incydenty Maria dobrze zapamiętała.
- Proszę o wybaczenie, tyle kłopotów narobiliśmy państwu ...! Naprawdę, nie wiem, co powiedzieć ... Tak mi przykro ... !
Płonęła na twarzy, trochę z zażenowania, a trochę z powodu wypitego alkoholu. Nie wiedziała, co począć dalej. Poczuła się bezradna. Zrozumiała, że jej położenie jest bardzo krępujące. Przecież była tylko w samym szlafroczku i znajdowała się w obcym miejscu, wśród nieznanych jej ludzi.
- Nic temu panu nie będzie, ot, chwila słabości, prześpi się parę godzin i obudzi się z bólem głowy ... – rzekła pani Rita, obejmując ramieniem zdezorientowaną panią adwokat. – Proszę się nie martwić, nic groźnego się nie stało. Jest pani w dobrych rękach i naszym gościem ...
- Nie wiem, czy powinnam. W takim stroju i w ogóle ... – wahała się Maria.
Stała na korytarzu i czuła się zagubiona. Modliła się w duchu, aby jej rzeczy jak najszybciej były gotowe. Nie mogła doczekać się chwili, kiedy założy swoje ubranie i wyjdzie z tego domu. Wszystko jedno, czy ze swoim partnerem, czy bez niego.
Bartman delikatnie pochwycił ją za ramię.
- Znów jest pani spięta. Proszę się rozchmurzyć ...
Przebiegły, jakby odgadywał jej myśli.
- Czy pani ma nas dość ? Obawiam się jednak, że pani odzież jest jeszcze nie gotowa. Kamerdyner ma obowiązek o tym fakcie zaraz nas poinformować. Wygląda na to, że pani nadal będzie skazana na nasze towarzystwo ... – uśmiechnął się do niej szeroko właściciel domu, pokazując żółtawe zęby. – Przecież nie wyjdzie pani tak na ulicę ... !

-18-

- Chciałabym sprawdzić, czy wszystko jest w porządku z moim kolegą. Pozwoli pan ? – kobieta zręcznie wyzwoliła się od uścisku starszego człowieka i poprawiła szlafrok.
- Rito, pójdź z panią na górę ...
- Przepraszam, ale sama chciałabym to zrobić ...
- Jak sobie pani życzy.
Dziewczyna była coraz bardziej zirytowana zaistniałą sytuacją. Wiedziała, że zawiodła. To na niej spoczywało zadanie ewentualnego rozszyfrowania zagadki tego domu. Wprawdzie nauka raczej neguje metody intuicyjnego spostrzegania, ale policja już niejednokrotnie korzystała z usług osób uzdolnionych w tym zakresie i to z dobrym skutkiem. W tym wypadku śledztwo nie posunęło się ani kroku w przód, a ona teraz nawaliła na całej linii.
Bez ubrania nie mogła wydostać się z tego domu. Jego mieszkańcy byli uprzejmi i mili, ale jacyś dziwni i wciąż wlepiali w nią oczy. Zajrzała do pokoju.
Leon leżał na boku i głęboko oddychał. To nieco uspokoiło Marię. Za oknem rozpadał się deszcz. Wielkie krople wody głośno uderzały o szyby. Zastanawiała się, dlaczego Leon zwalił się z nóg po zaledwie paru drinkach. A jeżeli dosypano mu coś do alkoholu ? Ale po co ...?
Przecież nic nie znaleźli podejrzanego i już zamierzali zakończyć wizytę. Co za niezręczna sytuacja !
Usiadła na łóżku i zastanawiała się. Czekać na ubranie, czy też narzucić na siebie swój płaszcz, wiszący w przedpokoju i wymknąć się po angielsku ? Złapie taksówkę i nikt w taką pogodę nie zauważy, że jest z gołymi nogami.
Zdecydowała się na drugie rozwiązanie.
Szybciutko zbiegła w dół, zrzuciła z siebie puchaty szlafrok, narzuciła płaszczyk na plecy, sięgnęła po torebkę. Szarpnęła klamkę wyjściowych drzwi. Były zamknięte. Zdenerwowana wpadła do pierwszego z brzegu pokoju , otworzyła okno i wychyliła głowę. Nie było wysoko. Przy skoku płaszcz rozchylił się, ukazując jej nagość. Popędziła przed siebie.
Poczuła mokrą, zimną trawę pod stopami i uderzania kropel deszczu w twarz. Przebiegła trawnik i dopadła ceglastego muru. Mocno podciągnęła się rękami w górę i zaryzykowała skok na ulicę. Po jej drugiej stronie zobaczyła dwóch mężczyzn. Niestety, zauważyli ją, gdy forsowała ogrodzenie. Raźnym krokiem skierowali się w jej stronę.
- Te, lala ...! – zawołał jeden z nich. - Skąd tak wiejesz ...? Te ... !
Wyglądali na pospolitych lumpów. Szybko dopadli ją. W klapkach nie można było szybko biec. Serce zaczęło jeszcze mocniej bić ze strachu.
- Podprowadzimy panienkę, dobrze ...? Patrz stary, kurde, ona ma gołe nogi ! Co, uciekłaś komuś z łóżka ...? Ale heca ...!
Dotknęli ją. Zrozpaczona rozejrzała się po ulicy, ale nikogo wokół nie było.
- Proszę odejść ode mnie !
Gdy napastnicy niemal złapali ją w swoje ręce, krzyknęła. Zaraz potem szarpnęła się i rzuciła się w bok. Nie miała wyboru. Wyrwała się z objęć podchmielonych mężczyzn, ponowny skok i z powrotem znalazła się w zapuszczonym ogrodzie państwa Bartmanów. Zaskoczeni mężczyźni nie zareagowali.
- Widziałeś, jaka cwana ? Ale numer ...! Zwiała nam ! Ja cię kręcę ...!
Maria skuliła się pod rozłożystym krzakiem i nadsłuchiwała.
- Ta babka była chyba jakaś zboczona ...! Mówię ci, ona pod tym płaszczem chyba nic nie miała ...! Słowo daję ... Chodź, zostaw ją ...przecież nie będziemy ją ganiali po płotach ... pewnie uciekła ...
Kobieta trzęsła się z zimna i z lęku. Jej ciało objęły dreszcze. Była przemoczona, a do domu było daleko. Tuliła przy sobie torebkę. Postanowiła trochę poczekać i ponowić próbę

-19-

wydostania się na zewnątrz. Co za paskudna historia !
Po chwili głosy napastników ucichły i Maria odetchnęła z ulgą.
- Pan prosi do siebie ... – niespodziewanie usłyszała za sobą znany głos.
Poderwała się zza krzaka. Tuż za nią stał kamerdyner Hubert i trzymał nad sobą duży, czarny parasol.
- Łaskawa pani pozwoli, pan bardzo prosi ... – służący powtórzył stanowczym tonem.
Maria zaniemówiła. Widocznie ktoś zauważył, jak bez pożegnania oddaliła się od zameczku !
Co za kompromitacja !
Moment namysłu ... ale dreszcze ciała, przenikliwe zimno i rozsądek wziął górę nad emocjami. Zawstydzona schowała się pod parasolem. Z zimna nie czuła już stóp. W drodze do siedziby Bartmanów gorączkowo zastanawiała się, jak wytłumaczy swoje zachowanie.
- Co pani wyrabia !? W taką pogodę oddalić się bez uprzedzenia i pożegnania się ? !Oj, nieładnie proszę pani ... ! Na dworze leje i jest nie więcej jak pięć stopni ! Co za nierozsądek, co za nierozwaga ... ! Wyjść z domu tylko w samym płaszczu ... ?- robił Marii wymówki chwilę potem właściciel posesji. – Jak pani mogła ? Jeszcze się przeziębi ! Dlaczego pani uciekła ... ? Tutaj przecież nic pani nie grozi ... ! Naprawdę, nie rozumiem, co skłoniło ją do takiego kroku ...
- Hubercie, dwie aspiryny i gorącą herbatę ! Natychmiast ! – poleciła pani Rita, widząc trzęsącą się z zimna niedoszłą uciekinierkę. – Co za pomysł ...!
- Wydawało mi się, że lepiej będzie, jak państwa opuszczę ... – dukała zażenowana pani adwokat, chcąc się jakoś usprawiedliwić. – Po prostu, nie chciałam więcej sprawiać kłopotu ... Jakoś tak wyszło ...
- Moja droga, dlaczego pani oddaliła się od nas aż w takiej desperacji ? – nie rozumiał pan Bartman. – Czy skrzywdziliśmy panią ? Proszę mi to wytłumaczyć ! Czy coś pani groziło z mojej strony ...? Jaka pani niemądra ! W takim stanie chciała dotrzeć do domu ? Prawie naga ... ?
Maria stała w przedpokoju i dygotała w mokrym palcie. Było jej strasznie wstyd i chętnie zapadłaby pod ziemię, by nie słuchać słusznych uwag mieszkańców domu. Zresztą teraz wydawały także i logiczne. Opuściła głowę w dół, aby ukryć swe zakłopotanie.
- Co pani robiła w tych zaroślach ? Całe szczęście, że Hubert jest spostrzegawczy i ma doskonały wzrok !
- Ja bardzo państwa przepraszam ...
- Moja droga, proszę iść na górę i przebrać się ponownie w swój szlafrok ! W szafie na dolnej półce są ręczniki ! Pani jest cała mokra ... ! – rzekła pani Rita rozkazującym tonem. – Bruno, nie przeszkadzajmy pani !
Gospodarze domu wrócili do salonu, a Maria jak niepyszna, udała się na górę do pokoju. Dopiero tam spostrzegła rozdarty rękaw swojego płaszcza i mocne zadrapanie na kolanie. Zdała sobie sprawę, że jest w jakimś małym szoku. Co ja wyprawiam ...? Czemu tak, do cholery, panikuję ... ?! Spokojnie ... nic przecież złego się nie dzieje ... ! - powoli analizowała swoje położenie.
Zniszczone ubranie, zraniona noga, Leon nieprzytomny, zagadka nierozwiązana, dziwni mieszkańcy, erotyczne aluzje ... i jest teraz zdana na łaskę obcych ludzi ! Takie były fakty.
Wpadła na pomysł, by zadzwonić z komórki do znajomych. Niestety, urządzenie nie działało, akurat rozładował się telefon. Zaklęła cicho. Co za pech .. !
Zdjęła z siebie mokre okrycie , wytarła się dokładnie ręcznikiem i okryła się szlafrokiem. Była wściekła na dwóch przechodniów, którzy uniemożliwili jej ucieczkę. Gdyby nie oni, teraz pewnie byłaby w taksówce w drodze do domu. Niech to szlag ...!

-20-

Kobieta siadła na łóżku, zrobiło się ciepło, a zdenerwowanie powoli mijało. Pomyślała, że w końcu nic takiego przecież nie stało się, chyba jednak bez powodu i nie potrzebnie panikuje. W pokoju obok spał Leon.
Zajrzała do niego. Mężczyzna nawet nie zmienił pozycji. Cicho chrapał, zadzierając głowę do góry.
- Leon, Leon ...! – szarpnęła go mocno za ramię. – Obudź się ! Co z tobą !? Wstawaj ...!
Ale partner nadal był nieprzytomny. Zrezygnowana, wróciła do swego pokoju. Zaraz potem ktoś zapukał do drzwi.
Do środka wszedł Bartman, niosąc na małej tacy dymiącą filiżankę herbaty. Położył ją na stole i wyciągnął z kieszeni dwie tabletki.
- To dla pani, proszę je zaraz połknąć i popić herbatą ...
- Naprawdę nie trzeba ... – odezwała się oschle Maria. – Kiedy będzie gotowe moje ubranie ? Czuję się tak zakłopotana ...
Starała się nie patrzeć w jego stronę. Była zażenowana tą całą sytuacją.
- Tylko bez żadnych wymówek i ceregieli ! Proszę usiąść przy stole i natychmiast zrobić to, o co proszę ! Chce pani zachorować ?
Kobieta wzięła do ust tabletki i pociągnęła spory łyk herbaty. Była równie niedobra jak poprzednia. Skrzywiła się z niesmakiem.
- Ziołowa, ale bardzo zdrowa ! – skinął głową mężczyzna.
- Proszę mnie zrozumieć, w jakiej sytuacji się znalazłam ... – zaczęła się tłumaczyć dziewczyna, ale Bartman jej przerwał.
- Ależ ja doskonale panią rozumiem ! Jeszcze trochę cierpliwości i pójdzie pani do swego domu.
- Czy mogę stąd zadzwonić ...? Gdzie tu znajduje się telefon ?
- Rzadko z niego korzystamy, ale czasami się przydaje. Aparat jest na dole, tuż przy wyjściu ... Ale widzę, że pani jest ranna ...! – zauważył gospodarz, wlepiając wzrok w jej odsłonięte nogi. – Całe kolano ma pani zakrwawione ! Trzeba to opatrzyć !
- Nic mi nie jest, to tylko obdarcie skóry, proszę pana ...
- Jeszcze wda się jakieś zakażenie ! Trzeba to koniecznie zdezynfekować ! Proszę wypić herbatę, a ja przyniosę środki opatrunkowe !
- Naprawdę nie trzeba ! – Maria jeszcze krzyknęła za Bartmanem, ale ten już niemal wybiegł z pomieszczenia.
Korzystając z tego, że została sama, postanowiła zejść na parter i zadzwonić do znajomych. Muszą natychmiast przyjechać po nią i Leona. Nie miała najmniejszej ochoty na dalsze tkwienie w tak niezręcznej sytuacji.
Pociągnęła kolejny łyk gorącego napoju i ruszyła do wyjścia. Telefon odnalazła bez trudu, ale okazał się głuchy. Ze złością rzuciła słuchawką.
Pierwszy zawrót głowy nastąpił, gdy podążała schodami z powrotem na górę. Zatrzymała się na moment i palcami dotknęła czoła. Drugi, znacznie silniejszy, gdy weszła do pokoju. Świat zachwiał się i lekko rozmywał. Serce zaczęło mocniej bić. Poczuła lęk i szum w uszach. Przestraszona siadła na krześle. Do pokoju wszedł Bartman.
- Jak się pani czuje ...? Zrobię teraz pani mały opatrunek, zapewniam, że nie będzie bolało.
Mężczyzna klęknął przed kobietą, coś jeszcze do niej mówił, ale Maria nie mogła zrozumieć jego słów. Patrzyła w dół, jak właściciel domu dezynfekował jej ranę. Po chwili w głowie przestało buczeć, a otoczenie falować. Serce uspokajało się.
-
-
-21-


- Co pan robi ...? – zapytała jakimś innym, nie swoim głosem, gdy poczuła dłoń starszego pana znacznie wyżej niż kolano. – Proszę wziąć te ręce ode mnie ! – złapała Bartmana za przedramię.
Zaczęła się bardzo dziwnie czuć. Zdawało się jej, że traci kontrolę nad sobą.
- Co pan wyprawia ...? – wzdrygnęła ciałem, gdy klęczący przed nią osobnik niespodziewanie usiłował rozchylić jej kolana na bok, a szlafrok zadarł wysoko w górę. – Proszę mnie natychmiast zostawić ...!
Dziewczyna chciała wstać, poderwać się z miejsca, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Poczuła zimne ręce na obnażonych piersiach i rozchylający się szlafrok . Bezwiedne ruchy rąk nic nie dały. Ostatnia świadoma myśl była taka, że drań pewnie dosypał jej coś do tej paskudnej herbaty, albo te tabletki wcale nie były aspiryną.
Zaraz potem stała się lekka, spokojna, obojętna. Świat stał się kolorowy, ciepły, przyjazny. Maria zamknęła oczy. Barwne obrazy wirowały, uśmiechały się, przyjemne uczucie narastało, błogi stan objął jej ciało i umysł.
Zdawało się jej, że nagle znalazła się na innym poziomie świadomości, w jakimś nierealnym pięknym świecie. Czuła zewsząd przyjemne ciepło, miłość i zrozumienie jej osoby.
Gdy otworzyła oczy, Bartman zdejmował z niej okrycie. Nie broniła się. Chwycił ją za łokieć i podniósł w górę. Maria wstała posłusznie, jakby unoszona tajemną siłą. Okrycie miękko opadło na podłogę i kobieta stanęła naga przed gospodarzem domu. Obojętność i ufność we wszystko przepełniało serce dziewczyny. Nawet chyba uśmiechnęła się, gdy do pokoju weszła pani Rita, a za nią krępy kamerdyner. Mieszkańcy domu z zaciekawieniem przyglądali się nagiej, młodej kobiecie.
- Jest bardzo ładna. Nogi jak u tancerki, a piersi jak u nastolatki ... – skomentowała urodę Marii chuda dama. – Szkoda marnować takiego ciała !
Podeszła do stołu i zajrzała do filiżanki.
- Wypiła połowę, wystarczy ...!
- Narkotyk zaczął działać ! – stwierdził Bartman, nie odrywając wzroku od dziewczyny.
Spojrzał w jej oczy i bezczelnie dotknął dłonią jej uda , a potem jędrnych pośladków.
- Widzicie ? Można z nią zrobić wszystko ! Rito, nie mogłaś trochę poczekać, abym nacieszył się sam tą laleczką ...?
- Bruno, przestań ! – krzyknęła głośno gospodyni domu. – Bruno, zostaw ją, nie przy mnie ! Słyszysz, co mówię !?
Bartman głęboko westchnął , cofnął rękę i pokiwał głową.
- Oj, warta jest grzechu, warta ...
- Hubercie, zaprowadź naszego gościa do pokoju, w którym odpoczywa jej kolega ! – zarządziła wyniosła damulka. – I przynieś zestaw do pobierania krwi ! No rusz się ...!
Kamerdyner wpatrzony między nogi Marii ani drgnął.
- Hubercie, do kogo ja mówię ! Dosyć tych wizualnych przyjemności, panowie ! – klasnęła w dłonie gospodyni domu. – Proszę narzucić tej nieszczęsnej szlafrok na plecy i odprowadzić do drugiego pokoju. Wystarczy na dzisiaj tego przedstawienia!
Służący niechętnie pochylił się i podniósł okrycie dziewczyny. Pytająco spojrzał na swego pana.
- Ja ją zaprowadzę ! – oznajmił gospodarz.
Wziął pod ramię dziewczynę i wyprowadził z pokoju.
- Hubercie, mój zestaw ! – powtórzyła Rita. - Czas nagli !
- Już przynoszę, proszę pani ... – skłonił się kamerdyner i także wyszedł z pokoju.

-22-

Maria zapamiętała jeszcze, jak ktoś coś do niej mówił i kładł do łóżka.
Straciła poczucie czasu. Potem nastąpiło bezbolesne ukłucie igłą w ramię, błysk przed oczami i straciła świadomość. Nastąpiła kompletna niepamięć i świat dla niej na pewien czas przestał istnieć.

C.d. n ...


Re: " Dom Bartmanów " - kryminał w/g Mikesza ... - Mikesz - 14-04-2016

VI.

Powoli otwierałem oczy. Starałem się przypomnieć, co ostatnio zaszło. Chyba zalałem się w trupa. Czułem się dziwnie i chyba nie był to zwykły kac. Ciało mi zdrętwiało od leżenia w jednej pozycji. W ustach suchość, a w głowie senność, ale przytomność umysłu zaczynała wracać. Głowa pękała z bólu. Zerknąłem na zegarek, dochodziła 23;oo.
O rany, co się stało i gdzie jest Maria ...?
Wolno podniosłem się z łóżka, byłem słaby. Zaraz zauważyłem ją, leżącą obok w szlafroku.
- Mario ! Mario ! Co z tobą ? Ty też się tak urządziłaś ? – szarpałem gwałtownie dziewczynę. – Obudź się, do licha !
Była blada i mamrotała coś nieprzytomne. Ale nas urządzili ! – pomyślałem i bezradnie rozejrzałem się dookoła. Nie mogłem jej dobudzić.
Co to wszystko na znaczyć ? Spojrzałem w okno. Za szybą ciemność, a w pokoju świeciła się tylko mała nocna lampa na stoliku obok. Z każdą sekundą przybywało mi sił. Zeskoczyłem z łóżka i dopadłem drzwi pokoju. Szarpnąłem za klamkę, ale były zamknięte. Zastanowiłem się i zanalizowałem naszą sytuację.
Wyglądało na to, że mieszkańcy tego zameczku uwięzili nas. Poprzez uprzejmość uśpili naszą czujność, a następnie doprowadzili do nieprzytomności podając nam jakieś narkotyki. A więc, znajdowaliśmy się w pułapce ! Co za łotry ! Pewnie podobnie zrobili z porucznikiem i małą dziewczynką ! Ale dlaczego tak postąpili ? W jakim celu ... ?! Przecież o nic nie podejrzewaliśmy gospodarzy i już mieliśmy wychodzić z tego cholernego domu !
Dochodziłem do siebie i zaczynałem bystrzej myśleć. Doskoczyłem do swej dziewczyny i podwinąłem jej rękawy. Na ramieniu miała wyraźny ślad po ukłuciu igłą. A to sukinsyny ...! – zakląłem. Pewnie jej coś wstrzyknęli ! Sprawdziłem i swoje ręce. Także posiadałem mały ślad na żyle.
Za drzwiami usłyszałem zbliżające się kroki i odgłos rozmowy.
- Gdyby wtedy uciekła, musielibyśmy z nich zrezygnować ... Dobrze, że Hubert znalazł ją w ogrodzie w ostatniej chwili ! Zgubią nas kiedyś te twoje skłonności, mój drogi ...!
Poznałem głos pani Rity. Natychmiast położyłem się z powrotem na łóżku i udałem śpiącego. W umyśle zaświtał mi pewien plan. Drzwi zaskrzypiały i do pomieszczenia weszła starsza para małżonków.
- Przesadzasz kochanie ... – bronił się Bartman. – Wszystko skończyło się pomyślnie, żadnych problemów prawie nie było. Patrz, śpią jak dzieci ... !
- Jesteś zbyt lekkomyślny ! Poza tym mówiłam ci, aby zrobić zastrzyk przed dwudziestą drugą ! Dlaczego mnie nie słuchasz ...? Kamil przyjedzie po nich dopiero jutro w południe ! Muszą być cały czas nieprzytomni, a ty oszczędzasz środki !
- Kochanie, mamy ich bardzo mało, a zdobycie ich jest niełatwe. No i sporo kosztują !
- Śpią jak susły ! Dziewczyna jeszcze pośpi, ale jemu już teraz trzeba podać ... Ale najpierw pobiorę krew, chyba za mało wtedy wzięłam.
Otworzyłem jedno oko. W palcach damulki zobaczyłem strzykawkę z grubą igłą. Poczułem zaciśnięcie gumowej rurki na przedramieniu. Po co im do cholery moja krew ...?
- Trzeba było uśpić ich oboje jednocześnie. Ostatni raz pozwalam ci bawić się z klientami ... – gderała pani Rita, siedząc przy mnie na łóżku.

-23-

- Doskonale rozumien , mój drogi, że dziewczyna bardzo ci się podoba, ale twoje niezdrowe skłonności kiedyś nas zgubią ! Za duże ryzyko, rozumiesz ...? Zawsze może zdarzyć się coś nieprzewidzianego !
- Ależ kochanie, już rozmawialiśmy na ten temat ... – uprzejmym tonem mówił Bartman. – Że popatrzę sobie na bezradnego i bezbronnego człowieka ? Jemu i tak już wszystko jedno !
- Mój drogi, nie tylko na nich patrzysz, ale także robisz inne rzeczy ! Z tą blondyneczką siedziałeś sam przez prawie godzinę ! Co z nią robiłeś ? Pewnie zdjęcia także ...!
- Kochanie ... jej i tak to nie zaszkodzi ... Nic o nich nie wie i nie dowie się już !
- Nie podoba mi się to ! Dochodzisz siedemdziesiątki, a zachowujesz się jak dzieciak !
- Po prostu czuję się młody, kochanie !
Drgnąłem. Czekałem na odpowiedni moment do ataku. Ze złości zaciskałem zęby. Co za cholerny drań !
- Sama chętnie na nią patrzyłam, kiedy była naga, nie powiem ... jest pociągająca, śliczna. Lubię piękne kobiety, tak jak ty Bruno, ale na więcej wobec nich sobie nigdy nie pozwalam !
- Bo nie jesteś mężczyzną, kochanie. Zresztą nasza pani adwokat i tak w końcu sama by się mi oddała. Takie to mają temperament ! – przekomarzał się starszy pan ze swoją żoną. – Jeszcze zdziwiłabyś się Rito ... !
Gospodyni domu pobrała mi krew i sięgnęła po następną strzykawkę. Odwróciła się. Dłużej już nie wytrzymałem. Zebrałem w sobie maksimum sił i poderwałem się nagle z miejsca.
- Och ... ! – krzyknęła zaskoczona starsza pani.
Potrąciłem tacę z medykamentami, która z hukiem upadła na podłogę. Nie wiedziałem jeszcze o co tu chodzi, ale czułem, że walczę o moje i partnerki życie. Doskoczyłem do Bartmana, bo to on był moim głównym przeciwnikiem.
Pchnąłem go na ścianę i zamierzałem go uderzyć. Teraz tylko siła fizyczna decydowała o pokonaniu śmiertelnego wroga.
Niestety, ów mężczyzna, który pomimo, że był ze czterdzieści lat starszy ode mnie, nie dał się łatwo pokonać. Zablokował się ciałem, a potem moje uderzenie pięścią . Z zaciśniętymi ustami i zdziwieniem w oczach przystąpił do kontrataku. Zamachnął się na mnie potężną łapą, ale w ostatniej chwili zdołałem uchylić się. Za sobą usłyszałem wrzask Rity.
Starsza kobieta także rzuciła się z furią na mnie. Zrobiłem drugi unik i żona właściciela posesji zderzyła się ze swoim mężem. Nastąpił moment konsternacji. Wykorzystałem go na ucieczkę i pędem wybiegłem z pomieszczenia.
- Za nim ! Hubercie ! Hubercie ! – słyszałem histeryczny głos chudej damy ! - Złapcie go, nie może nam uciec ...! Bruno, za nim ...!
Wypadłem na korytarz i ile sił w nogach popędziłem w stronę wyjścia. W starciu z dwoma postawnymi mężczyznami nie miałem szans. Drzwi wyjściowe były zamknięte. Nie namyślałem się długo. W piwnicy upatrywałem swoja szansę. Brak światła i wiele zakamarków mogły mnie dobrze ukryć. Z niemałym trudem otworzyłem masywne drzwi, zszedłem po schodach w dół i znikłem w ciemności.
- Gdzie on jest ...? Dokąd uciekł ...?! Pewnie przez okno, tak jak ta dziewucha wyskoczył ...! – słyszałem donośny głos Bartmana.
Nogi ugięły się pode mną, serce waliło jak oszalałe, ale umysł pracował na przyśpieszonych obrotach. Wielki strach, suchość w ustach i ciemność wokół. Dotykałem dłońmi po omacku wilgotnych murów i posuwałem się dalej. Wiedziałem już, że mieszkańcy domu pewnie chcieli nas zabić, tylko nie wiedziałem dlaczego.

-24-

Z kieszeni marynarki wyciągnąłem zapałki. Pot zalewał oczy. Bolała stopa, którą podczas szaleńczego zbiegania ze schodów chyba lekko skręciłem. Przeszedłem przez wybitą dziurę w murze i skuliłem się w ciemnym kącie. Zapaliłem papierosa. Zastanawiałem się, jak ocalić partnerkę i siebie samego.
Bruno Bartman w bezpośrednim krótkim starciu okazał się trudnym przeciwnikiem, ale w nogach byłem znacznie szybszy i nie wiedział, gdzie się skryłem. Malutki ognik papierosa tlący się łagodnie , oświetlał ohydne pomieszczenie. Co robić ...? – myślałem gorączkowo. Czego ci Bartmanowie od nas chcą ...? Gdyby chcieli zabić, już dawno to by uczynili. Z pewnością mają związek ze sprawą zaginięcia dwojga ludzi. W pokoju mówili, że jakiś Kamil ma przyjechać samochodem. Po co ...? Może porwanie ? A co ma znaczyć to pobieranie krwi ...? Wspominali o ucieczce jakiejś kobiety i że znaleźli ją w ogrodzie. Czy była to Maria ...? Niewiele rozumiałem.
Musiałem jak najszybciej niepostrzeżenie wydostać się z tego miejsca , ratować Marię i zawiadomić policję. Bartmanowie nie szukali mnie w lochach. Pewnie sądzili, że uciekłem inną drogą.
Odpocząłem, skończyłem palić papierosa i powoli ruszyłem w stronę wyjścia. Potknąłem się o leżący młot, którym rozwalałem ścianę. Podniosłem go. Z takim narzędziem w dłoni, czułem się pewniejszy.
Ostrożnie wyjrzałem na korytarz. Cisza i pustka. Na palcach podbiegłem do drzwi pokoju, otworzyłem je, doskoczyłem do okna i skoczyłem w dół. Ciężki młot rzuciłem na trawnik i nie oglądając się za siebie popędziłem w kierunku głównej bramy. Sforsowałem ją i tak znalazłem się na ulicy. Było wpół do dwunastej w nocy.
Biegłem pustą ulicą mijając drzewa. Jakże żałowałem, że zawieruszył mi się gdzieś telefon komórkowy ! Pewnie Bartmanowie mi go zabrali ! Musiałem jak najszybciej znaleźć budkę telefoniczną. W końcu zobaczyłem ją i nerwowo wykręciłem numer. Jak to dobrze, że przełożyłem wszystkie swoje dokumenty do kieszeni marynarki Bartmana ! W nich znalazłem wizytówkę majora Jonsona. Długo nikt nie podnosił słuchawki.
- Kto tam ...? – odezwał się zachrypnięty głos.
Przedstawiłem się i dokładnie zrelacjonowałem mu całe zdarzenie.
- Natychmiast jest potrzebna tutaj policja ! Trzeba aresztować Bartmanów i ratować Marię ! Oni jeszcze ją zabiją ! To jacyś szaleńcy ...! – krzyczałem.
- Skąd panu teraz wezmę w środku nocy pluton policji ? Czy pan niemądry ...?
- Musi pan, to sprawa życia lub śmierci !
- No, dobra ... – zastanowił się stróż prawa. – Niech pan czeka na mnie koło tego domu. Zaraz będę z paroma ludźmi.
- Tylko proszę się pośpieszyć ! – byłem cały rozemocjonowany.
Wróciłem pod główną bramę posesji Bartmanów i skryłem się pod wielkim krzakiem. Co te skurczybyki knują ...? – zastanawiałem się. Znów zapaliłem papierosa. Padał drobny deszczyk i wiał zimny wiatr. Raz po raz spoglądałem na ponurą bryłę zameczku i wychylałem się na ulicę, patrząc, czy major nie nadjeżdża. Nie mogłem się jego doczekać i bałem się o Marię. Czas dłużył się niemiłosiernie. Dookoła panowała cisza, zmącona szumem wiatru i uderzeniami kropel wody o zwiędłe liście. Żółtawy blask ulicznych latarni odbijał się od licznych kałuż.
Wreszcie usłyszałem warkot silnika. Wybiegłem na drogę. Niestety, to była tylko taksówka. Zakląłem zawiedziony. W końcu pojawiły się dwa samochody. Cicho podjechały pod bramę.
Wyskoczyło z nich pięciu ludzi po cywilnemu.

-25-


- I mówi pan, że uśpili was jakimiś świństwami ...? Krew pobierali ...? Zaraz weźmiemy się za tych starych ! Niech nie myślą, że można bawić się z nami w kotka i myszkę !- tak przywitał mnie otyły major Jonson.
Chwilę potem wszyscy stanęliśmy przed drzwiami domu. Energicznie uderzyłem w nie pięścią.
- Otwierać, policja ...! Proszę natychmiast otworzyć !
Drzwi skrzypnęły i w progu ukazał się Bartman w pasiastej piżamie.
- O co chodzi ... ? – zapytał zdumiony.
Trafiał mnie szlag. Major przedstawił się i pokazał swą legitymację.
- Możemy wejść do środka ...? Ten pan twierdzi, że przetrzymuje pan tutaj kobietę, jego wspólniczkę !
- Teraz, o północy ...? Co znowu panów do mnie sprowadza ? – drań udawał głupiego.
- Podobno odurzył pan ją jakimiś środkami i zamierza zabić !
- Co takiego ...? ! To jakiś absurd ... !
- Pozwoli pan, że wejdziemy i się rozejrzymy.
Potrąciłem Bartmana i pierwszy co tchu popędziłem po schodach na górę do pokoju, w którym przebywała Maria.
- Ależ proszę bardzo ... po raz kolejny oświadczam, że nie mamy tu nic do ukrycia! Nikogo nie przetrzymuję ! Temu panu coś się pomyliło ! – słyszałem za sobą wyjaśnienia gospodarza domu.
Z impetem wpadłem do pokoju i zastygłem w przerażeniu. Łóżko na którym powinna leżeć moja partnerka było puste.
- Gdzie ona jest ...? – wrzasnąłem. – Co z nią zrobiliście ... ?!
Po kolei zacząłem zaglądać do wszystkich pomieszczeń, ale nigdzie Marii nie było.
- Gdzie ona jest ... ?! ! Gdzie ją ukryłeś, ty draniu ...! – doskoczyłem wściekły do Bartmana, gdy przetrząsnąłem wszystkie pokoje w domu.
Złapałem go za piżamę i szarpnąłem dziada.
- Spokojnie, zaraz to wyjaśnimy ... – uspokajał mnie Jonson. – Panowie sprawdźcie wszystko jeszcze raz ... – zwrócił się do swoich ludzi, którzy rozbiegli się po zameczku.
- Kogo pan chce znaleźć ? Tę kobietę, która była tutaj parę godzin temu z tym panem ? To śmieszne. Przecież razem wyszli koło siedemnastej ... Mieli mały wypadek w piwnicy, ale nic się nie stało ... – bezczelnie kłamał mieszkaniec domu. – Zostali nawet u nas na poczęstunku ... Powtarzam, wyszli razem ...
- Ten pan twierdzi, że było inaczej. Państwo najpierw uśpili ich, a potem pobierali krew i prawdopodobnie chcieli zabić. Temu panu udało się jednak uciec i nas zawiadomić – major patrzył pochmurnie w oczy złoczyńcy.
- Co za nonsens ! Jakiś absurd ! Po co mielibyśmy go usypiać i pobierać krew ...! Proszę pana, ja jestem poważnym, schorowanym starszym człowiekiem ...! Co to ma w ogóle znaczyć ? Ja chyba złożę skargę na panów ... !
- Ale z pana bezczelny typ ! – nie wytrzymałem. - Pan łże ...! Co zrobił pan z moją dziewczyną ?! Gadaj łotrze ...! Ona musi gdzieś tu być ...! – znów wściekły doskoczyłem do właściciela domu.
- Jeżeli jest tutaj, to niech pan ją odnajdzie ...- odezwała się pani Rita, wchodząc do przedpokoju. – Jak panu nie wstyd ponownie nas nachodzić ! Czy niewystarczająco pokazaliśmy wam cały dom ? Czy nie wyjaśniliśmy wszystkiego ? Czego jeszcze od nas chcecie ...?

-26-

Była w długiej, beżowej nocnej koszuli i złość rysowała się na jej szczupłej twarzy.
- Gdzie jest Maria ...?! – powtórzyłem zdenerwowany swą bezsilnością. – Wszystko słyszałem, co mówiliście przy nas w pokoju, stare łajdaki ...!
- Pan mnie obraża we własnym domu ! Skąd mamy wiedzieć gdzie podziewa się teraz pana narzeczona ? Nie jesteśmy jasnowidzami !
Major Jonson spojrzał na mnie pytająco.
- Kłamią ! Proszę szukać dziewczyny !
- Nikogo nie znajdziecie, tracicie tylko czas ... – ziewnął pewny siebie Bartman. – Temu panu coś się pomyliło. Pewnie wypił za dużo i zostawił dziewczynę gdzie indziej !
- Kamerdyner ! Był jeszcze kamerdyner ! Może on powie prawdę ! – przypomniało mi się. – Proszę go przesłuchać !
- Pracował do dwudziestej i wyszedł do domu – oznajmiła małżonka starszego pana.
- Nieprawda ! Razem mnie goniliście po dwudziestej trzeciej ! – zaprzeczałem.
- Ten pan jest śmieszny ... ! - westchnął Bartman, zwracając się do policjanta. – Chyba coś sobie uroił ! A może się leczy psychiatrycznie ? Proszę o dowody, bo bez nich więcej nie rozmawiam. Powiedziałem swoje !
Przyszli policjanci kręcąc głowami, że nikogo nie znaleźli.
- A byliście w piwnicy i na strychu ...? – zapytałem zrozpaczony. – A w basztach ?
Potwierdzili. Dygotałem z nerwów. Tak mnie zrobić w konia ! Zwróciłem się do Bartmana już innym tonem.
- Dlaczego pan to robi ...? Kim pan jest, u diabła ? Co pan knuje ...? Po co panu nasza krew ? Po co panu moja dziewczyna ...?
- Nie wiem, o co panu chodzi... Co mnie obchodzi pana wspólniczka ? Za przeproszeniem, odchrzań się pan wreszcie ode mnie ! – odrzekł i odwrócił twarz w drugą stronę.
Musiałem przyznać, że doskonale zagrał swoją rolę. Pękałem ze złości.
- Panie majorze, kłamią w żywe oczy ... ! To świetni aktorzy ! – traciłem cierpliwość. -Zamroczyli Marię i gdzieś ją przetrzymują albo ją gdzieś wywieźli ! Mieli na to czas ! Pewnie podobnie zrobili to z porucznikiem i dziewczynką ! To niebezpieczni szaleńcy ! Proszę ich aresztować !
Major Jonson był zdezorientowany. Raz słuchał moich wyjaśnień, raz Bartmanów.
- Za co aresztować ... ?- odezwał się spokojnie gospodarz. - Niepokoicie po nocach prawych obywateli i wmawiacie im jakieś niestworzone rzeczy. Po co miałbym ukrywać obcą kobietę ? Po jakie licho ? Proszę najpierw sprawdzić, czy ta panienka jest u siebie w domu, a potem robić larum i nachodzić kogoś po nocach !
Jonson wziął mnie pod rękę i odciągnął na bok.
- I co ja do cholery mam teraz zrobić ...? Gdzie jakieś dowody ...? Pana słowo jest przeciwko jego ! Wedle prawa nic nie mogę zrobić !
- A widzi pan ... ? – śmiał się Bartman, który usłyszał naszą rozmowę.- Dziewczyna pewnie teraz w swoim domu bierze kąpiel i może nie jest sama ...!
Szlag mnie trafił, ale major zdecydował zakończyć wizytę.
- Dziękuję państwu i przepraszam za najście ...
Byłem w rozpaczy. Nie mogłem uwierzyć, że Bartmanowie kpią z policji. Bydlaki ! Wyszliśmy z zameczku z posępnymi minami i wsiedliśmy do samochodu.
- Ja wierzę panu, ale muszę mieć chociaż najmniejsze dowody winy ...! Co w takiej sytuacji mogłem zrobić ? – pytał mnie także zirytowany. – Zostawiłem koło domu jednego z moich ludzi, niech obserwuje.

-27-

Gryzłem palce z bezradności.
- Łotry, sukinsyny ...bydlaki .. – kręciłem ze złością i z niedowierzaniem głową. – Maria jest w olbrzymim niebezpieczeństwie ...!
- Teraz pojedziemy do mieszkania pana wspólniczki - postanowił major Policji - Jaki to adres ...?

C. d. n ...


Re: " Dom Bartmanów " - kryminał w/g Mikesza ... - Mikesz - 15-04-2016

VII.

Zdałem sobie sprawę, że ostatnie godziny zmieniły mój stosunek do Marii. Jeszcze wczoraj sądziłem, że nasz związek słabnie. Analizując dzisiejsze wydarzenia, stwierdziłem, że chyba jednak tak nie jest i sam nie wiedziałem dlaczego, moje uczucie do kobiety ożyło, z powrotem przybrało barwę. Bałem się o nią.
Siedząc w milczeniu w policyjnym busie, zrozumiałem, że nadal ją kocham. Niebezpieczny incydent wstrząsnął mną i pozwolił popatrzeć inaczej na związek. Nagle znów zaczęło mi zależeć na kochance, bałem się o nią i pragnąłem być teraz jak najbliżej niej. Rzucona iskra w postaci dramatycznych przeżyć i lęk przed utratą dziewczyny, spowodował niespodziewany przypływ miłości do partnerki. Pomyślałem, że muszę ją za wszelką cenę odnaleźć.
- Co pan tak spochmurniał ...? – wyrwał mnie z rozmyślań major policji. – Adrenalina przestała działać ? Zmęczony ...? Już dojeżdżamy. Czy to gdzieś tutaj mieszka pana koleżanka ?
- Chyba pan nie sądzi, że ona jest teraz w domu ? Szkoda pana czasu ! Lepiej byłoby, abyśmy skupili się wokół posiadłości tych wariatów ... – złościłem się, idąc z Jonsonem po schodach starej kamienicy. – To bez sensu ... !
Na ostatnim piętrze, na zaadoptowanym strychu mieszkała Maria. Mieszkanie było malutkie, ale bardzo gustownie urządzone. Bywałem tam niejednokrotnie.
- Niech pan nie marudzi, ma pan klucze, to nich otwiera ... – popędzał mnie policjant.
Kiedy otworzyłem drzwi, natychmiast jasna smuga światła wpadła na ponury, ciemny korytarz.
- Aha, chyba jest ktoś w domu ... – stwierdził Jonson i wszedł do środka.
Po lewej stronie wisiało duże lustro, dalej były wieszaki i szafka z szufladkami. Na wprost znajdował się pokój, a po prawej stronie była skromna kuchnia.
- Czyjaś torebka ...! – zauważył major.
Podniósł ją z podłogi i zaglądnął do środka.
- Czy to własność pani Marii ?- zapytał. – Jej prawo jazdy, paszport, portfel ... Jest nawet telefon komórkowy. Czy u Bartmanów pana koleżanka miała ze sobą tę torebkę ?
Rzuciłem się do pokoju i oniemiałem ! Na łóżku leżała moja dziewczyna ! Przykryta po samą szyję, mocno spała.
- Co to ma znaczyć ...? – zapytał mnie zdziwiony policjant. - Jednak pana dziewczyna jest w domu ! Jak się tu znalazła ...?
- Nie mam pojęcia ... – bąknąłem zaskoczony, klękając przy kobiecie. - To się w głowie nie mieści ! Przecież pół godziny temu była nieprzytomna w rękach Bartmanów !
- Musi mi pan tą sytuację wyjaśnić ! – głos majora był stanowczy.
- Nie potrafię tego zrobić, ale strasznie się cieszę, że jest cała i chyba nic jej nie jest ! Mario ! Obudź się ...! – klepałem po policzku śpiącą kobietę. – Kochanie ...już wszystko dobrze ... już po wszystkim ...
- Cóż ... – westchnął policjant. – Zguba się odnalazła. Nic tu już po mnie. Proszę wszystko przemyśleć i jutro dać mi dokładny raport na piśmie. Tylko proszę się

-28-

dobrze zastanowić, co pan napisze i wszystko dokładnie sobie przypomnieć ! Mówiąc szczerze, sam nie wiem, co o tym myśleć ... Pan i Bartman twierdzicie zupełnie coś innego.
- Komu pan wierzy ...? Mnie czy temu szaleńcowi ...? Jestem przy zdrowych zmysłach ! Nie rozumiem, jakim cudem ...
- A jednak fakty przeczą temu, co pan mówi. Wszystko zaś o czym opowiadał Bartman, zgadza się ... – stwierdził Jonson, rozkładając ręce.
Odwrócił się do mnie plecami, nacisnął klamkę drzwi wyjściowych i zawahał się.
- Sam już nie wiem ... – mruknął. – Czekam na pana raport jutro w południe. Dobranoc – rzekł i wyszedł z mieszkania.
Zostałem sam ze śpiącą kobietą. Ufff ...
Zastanawiałem się. Prawdopodobnie Bartman z pomocą kamerdynera przetransportował dziewczynę do jej domu, w chwili, gdy dzwoniłem do majora. Właściciel nieruchomości zrozumiał, że nie wywinie się od swoich przestępczych – jeszcze nie wiadomo było – jakich zamiarów. Po mojej ucieczce, nic innego nie mógł zrobić. Wiedział, że sprowadzę policję. Postanowił więc grać głupigo, iść w zaparte, wszystkiemu zaprzeczać, wycofać się ze swoich planów wobec nas i oddać Marię . I taki plan powiódł mu się w stu procentach ! Nic nie można było mu zrobić. Ani oskarżyć, ani nic udowodnić. Proste i sprytne !
- Mario, obudź się ...! Ocknij się wreszcie ! – szarpałem za ramię dziewczynę.
Ona otworzyła na moment nieprzytomne oczy i wolno poruszyła bladymi ustami. Chyba chciała coś powiedzieć.
- Już wszystko dobrze, kochanie ... już dobrze ... – pocałowałem ją w policzek i głaskałem po włosach.
Spostrzegłem, że jest pod kocem zupełnie naga. Leżała na boku i wyglądała ślicznie. Zamknęła oczy z powrotem i zasnęła.
Robiąc sobie gorącą herbatę, ponieważ strasznie zmarzłem, zastanawiałem się, dlaczego nas uśpiono ? W jakim celu ... ?! Nie rozumiałem tego ...
Zapaliłem papierosa, potem zdjąłem buty i wszedłem do łazienki. Byłem rad, że już to wszystko mamy za sobą. Mały koszmar minął. Pomyślałem także, że chyba nie prześpię dzisiejszej nocy. Chciałem czuwać nad kobietą i miałem nadzieję, że będzie z nią wszystko dobrze i nie będę zmuszony wzywać karetki pogotowia.
Zapragnąłem udowodnić Bartmanowi jego przestępcze cele. Wciągnięty do gry przez majora Jonsona, chciałem doprowadzić ją do końca. Nie pozwolę, aby moja dziewczyna stała się ofiarą jakiegoś wariata, a ja okazał się zwykłem dupkiem i frajerem. Trzeba wyciągnąć wnioski z tej historii i przystąpić do kontrataku.
Każdy zamachowiec na ludzkie życie musi ponieś konsekwencje i karę. Ja postanowiłem zrobić wszystko, by sprawiedliwości stało się zadość. Nie pozwolę sobie na kpienie z prawa, z samego siebie i mojej partnerki. Zwyrodnialców doprowadzę przed oblicze sądu.
Westchnąłem zmęczony i pocałowałem Marię w usta. Ta poruszyła się niespokojnie. Powoli budziła się.
- Leon ... ? Co się stało ...? Gdzie ja jestem ...? O, Boże, jak mnie boli głowa !
Podniosła się na łokciach i rozejrzała dookoła.
- Dlaczego ja jestem naga ...?
- Kochanie, już wszystko w porządku. Odpoczywaj. Nic ci nie jest, zaaplikowali ci jakieś środki nasenne, ale już nic ci nie grozi ...– przemawiałem do dziewczyny.
Znów zaparzyłem herbatę i położyłem ją na stoliczku obok.
- Napij się, to ci dobrze zrobi...
- Możesz mi powiedzieć, co się stało ? – kobieta powoli jakby trzeźwiała.

-29-

- Chciałbym to też usłyszeć od ciebie – odrzekłem. – Po wypiciu ginu, urwał mi się film. Ocknąłem się parę godzin później na łóżku w pokoju, a ty leżałaś obok mnie bez świadomości. I tobie podano jakieś środki ... ! Wiesz, ci Bartmanowie, to jakieś pieprzone świry ...! Uśpili nas, ale nie mam pojęcia dlaczego ... ?!
Dokładnie opowiedziałem, co dalej zaszło. O wejściu małżeństwa do pokoju, o ich rozmowie, pobieraniu krwi przez Ritę, o krótkiej szamotaninie z właścicielem zameczku, ucieczce do piwnicy, a potem z tego nieszczęsnego domu. Powiedziałem, jak zawiadomiłem majora Jonsona, o rychłym przybyciu policjantów do domu złoczyńców i niespodziewanej reakcji Barmanów na pytania policjanta. Na koniec o przyjeździe do jej mieszkania i zaskoczeniu, że jego właścicielka śpi w swoim pokoju.
- I zostawiłeś mnie tam samą, nieprzytomną ...? Skazałeś na pastwę obłąkańców ...? – obruszyła się Maria, siadając zaciekawiona na brzegu łóżka i okrywając się kocem. – Jak mogłeś ...!
- Nie miałem szans w walce z dwoma mężczyznami ! Nie jestem Brucem Lee ani Chuckiem Norisem. Wydało mi się, że rozsądniej będzie powiadomić Policję !. Byłaś nieprzytomna, jak miałbym cię stamtąd wynieś ...?
Przyznała mi rację. Napiła się herbaty i wolno wstała.
- Czego od nas chcieli ... ?! Nic nie rozumiem ...
- Pewnie tego samego, co od dziewczynki i porucznika ...
Maria westchnęła, złapała się za głowę.
- Już czuję się lepiej, ale muszę pójść do łazienki. Co z moimi rzeczami ? Zostały tam ?
- Obawiam się, że tak.
- A moje pieniądze, dokumenty ...?
- Twoja torebka jest tutaj w mieszkaniu. Nic nie zginęło.
- Wiedzieli gdzie mieszkam, bo zajrzeli na adres w paszporcie !
Usłyszałem z łazienki szum lejącej się wody. Po dziesięciu minutach kobieta wyszła w podomce odmieniona. Jej twarz odzyskała kolory, a ruchy młodzieńczą sprawność. Siadła w fotelu i opowiedziała mi swoje przeżycie.
- Pod pretekstem sprawdzenia, czy żyjesz, udało mi się wymknąć z tego zameczku. Bałam się tego dużego faceta, miałam go serdecznie dość. To jakiś zboczeniec ... ! Było bardzo zimno, a ja wybiegając zdążyłam zarzucić na siebie tylko mój płaszczyk. Popędziłam jak oszalała, nawet przeskoczyłam mur, ale na ulicy zaczepili mnie jakieś agresywne lumpy ... – opowiadała Maria, wycierając długie włosy ręcznikiem. – Aby się od nich uwolnić, głupia przestraszyłam się i przeskoczyłam z powrotem ogrodzenie. Za nim czekał na mnie ten okropny kamerdyner ! Nie miałam już sił dalej uciekać, było mi tak strasznie zimno ...! Facet zaprowadził mnie z powrotem do zameczku. Jak ja się potwornie czułam ! Bartmanowie dopytywali się, dlaczego to zrobiłam, a ja nie wiedziałam, co odpowiedzieć ! Dali mi do wypicia herbatę i jakieś tabletki, niby na przeziębienie, po których poczułam się bardzo dziwnie. Chciałam jeszcze zadzwonić, ale telefon na dole był popsuty, a moja komórka nie działała ...
- I co było dalej ? – pytałem zaciekawiony.
- Gdy połknęłam tabletki, stałam się kompletnie bezwolna, trudno to opisać, wrażenie było niesamowite ! Chwileczkę ... przypominam sobie coś ... ten staruch chyba mnie dotykał, no wiesz gdzie ... O rany, sama nie wiem ...Od tego momentu już nic nie pamiętam ... – zdawała relację dziewczyna.
Zadumałem się. Obawiałem się, że dziewczyna mogła zostać wykorzystana seksualnie. Co za wredny typ !
- Wszystko wskazuje na to, że moje przypuszczenia wydają się trafne...

-30-

- Jakie przypuszczenia ? Co tu jest grane ? Nic nie kapuję ! Czego w końcu ci Bartmanowie mogli chcieć od nas ?
- Od ciebie na pewno jednego. Bardzo spodobałaś mu się. To jakiś stary zboczeniec ! Przecież widziałaś, jak na ciebie patrzył i gadał ! Naprawdę, nic ci nie jest ...?
- Nie ... nic ...
- Podczas mojej ucieczki przewieźli cię do twojego mieszkania, ponieważ ich zamiary nie powiodły się. Wiedzieli, że zaraz ściągnę policję. Wszystkiemu zaprzeczyli, wycofali się ze swych zbrodniczych zamiarów, a major im uwierzył ...!
- Jakich celów ?
- Na razie nie mam pojęcia. Z pewnością chcieli nam coś zrobić i to ma związek z zaginięciem poszukiwanych przez nas osób ! Ale ja to wyjaśnię ! Nie pozwolę z nas robić osłów ! Tylko jak to zrobić ...?
- Daj spokój Leon. Było, minęło. Ja mam dość tej sprawy. Ponieśliśmy porażkę. Nic nie da się zrobić. Ważne, że nam nic się nie stało ... – odpowiedziała pani adwokat. – Ja nic nie wyczułam ... byłam tym razem taka bezradna ... !
- Nie możemy tej historii tak zostawić ! – nie zgadzałem się z moją wspólniczką.
- Niech teraz policja zajmuje się Bartmanami. Czuję się wykończona ! Nie chcę mieć z nimi już nic wspólnego ! Ale dlaczego ja nic nie przeczuwałam ... ? Czyżbym traciła swoje zdolności ...? – martwiła się kobieta.
Podszedłem do niej i mocno przytuliłem. Pocałowałem.
- Dziś w południe jesteśmy umówieni z majorem. Musimy zdać mu szczegółowy raport z tej nieszczęsnej wizyty ... – szepnąłem jej do ucha.
Potem poszliśmy położyć się spać. Obudziliśmy się po jedenastej, napisałem szybko raport, zjedliśmy co nieco i godzinę później zjawiliśmy się w kwaterze Jonsona. O dziwo, czuliśmy się całkiem dobrze.

C. d. n ...


Re: " Dom Bartmanów " - kryminał w/g Mikesza ... - Mikesz - 16-04-2016

VIII.

- I co ja mam o tym wszystkim sądzić ... ? – pytał major, gdy przeczytał mój raport. – Owszem, zgadzam się z tym, że pani Maria była wczoraj czymś odurzona, bo sam widziałem, ale nie mam żadnych dowodów na to, że to sprawka Bartmanów.
- A nasze zeznania ? My jesteśmy świadkami i ofiarami ! Chciano nas otruć ! – prawie wykrzyknąłem, podnosząc się z fotela.
- No tak, ale ja potrzebuję niezbitych dowodów ! Policja na razie nic nie może zrobić !
- Jak to nic ? Życie ryzykowaliśmy w pana sprawie !
- Możecie najwyżej wystąpić do sądu z powództwa cywilnego, oskarżając ich o próbę otrucia. A w tym wypadku musi być ekspertyza toksykologiczna i zaświadczenia lekarskie ... – informował urzędnik.
- Pan żartuje ...!
- W myśl przepisów, przestępstwa nie było. Gdyby Bartmanowie chcieli, mogliby was bez problemów pozbawić życia. Wystarczyłaby większa dawka środków nasennych. Dlaczego tego nie uczynili ? Po co im wasza krew ... ? – zastanawiał się Jonson, stukając ołówkiem w blat stołu. – Na razie uznaję, sprawę za niewyjaśnioną ...– oznajmił po chwili, wstając zza biurka. – Będziemy w kontakcie i dziękuję za zaangażowanie ... – rzekł i podał nam rękę na koniec krótkiej rozmowy.
Byłem bardzo rozczarowany wizytą i postawą policjanta. Jednak w świetle prawa chyba miał rację i nie miał wyboru.

-31-

Dzień zaczął się piękny, słoneczny, typowo jesienny. Szare, ołowiowe chmury znikły, ucichł zimny wiatr. Ostatnie liście na tle błękitnego nieba kołysały się leniwie na gałęziach drzew. Jednak w powietrzu można było wyczuć zbliżającą się zimę. Nie znosiłem tej pory roku. Słońce wisiało coraz niżej nad horyzontem, krzykliwe stada czarnych gawronów stopniowo opanowywały jeszcze niedawne zielone skwery miasta.
Wsiedliśmy do samochodu.
- No i dobrze, że tak się stało ... – skwitowała całą sprawę Maria. – Bartmanowie to sprawa policji, a nie nasza ! Nie chcę się w nią już więcej angażować...
- A ja sądziłem, że major jest bardziej zdecydowanym człowiekiem - odparłem, usadawiając się za kierownicą.
Poprzedniego dnia na wizytę do Bartmanów musiałem pojechać autobusem, bo ktoś znów zablokował mi samochód na parkingu. Mimo południowej pory, przechodniów nie było wielu. Niespodziewanie zadziałał we mnie impuls. Od paru godzin miałem nieodpartą chęć zbliżyć się do swojej dziewczyny. Miałem, po prostu straszną ochotę na seks.
Delikatnie dłonią dotknąłem jej kolana.. Było odsłonięte, jak prawie cała reszta nóg. Maria lubiła chodzić w krótkich spódniczkach, nawet gdy było bardzo chłodno. Rajstopy dodawały jej uroku, potęgowały zgrabność jej sylwetki.
- Leon, co robisz ...? – zawołała zaskoczona, chwytając mnie za rękę. – Daj spokój !
- Dlaczego ?
- Przestań, przecież ludzie mogą zobaczyć !
- Niech zobaczą, jakie masz piękne uda !
Nachyliłem się i pocałowałem dziewczynę w usta.
- Dawno tak nie całowałeś ! Co ci się stało ...?
Maria pozwoliła mojej dłoni wejść pod spódniczkę i odwzajemniła buziaka. Potem rozejrzała się uważnie dookoła. Nikogo przy samochodzie nie było. Poddała się moim pieszczotom. Dawno nie czułem takiego pożądania, moja namiętność wzrastała z każdą sekundą. Nie długo było mi jednak cieszyć się chwilą z kochanką.
Niespodziewanie ktoś nagle zapukał w boczną szybę forda.
Drgnąłem, a wystraszona Maria zaczęła poprawiać spódniczkę, rękami osłaniając zbyt obnażone uda.
- O co chodzi ... ? – uchyliłem szybę.
- Tutaj nie wolno parkować. Proszę stąd natychmiast odjechać, bo wymierzę panu mandat ! – ton młodego policjanta drogówki był surowy.
Kobieta zaczerwieniła się po same uszy.
- Już odjeżdżamy ... – odpowiedziałem i zapaliłem silnik auta.
Dziewczyna miała do mnie pretensje.
- Co ci przyszło do głowy ! Wiesz, jak bardzo jestem pobudliwa, więc czemu tutaj zacząłeś ...? ! Pewnie pomyślał, że jestem jakąś prostytutką ! Nie mogę pozwolić sobie na takie sytuacje !
- Jakie sytuacje ...? Ci, co cię znają, wiedzą, że jesteśmy parą. Przecież nie nakrył nas podczas stosunku ...! – śmiałem się.
- Jeszcze by tego brakowało !
- Może dokończymy u ciebie ...?
- Już nie mam ochoty !
- Parę sekund temu miałaś. Czemu jesteś zła ...? – sięgnąłem po paczkę papierosów i zapaliłem.
- Bo jestem ! Nie znoszę, jak ktoś mnie zaskakuje !
- Przecież nic się nie stało !

-32-

- Zawieś mnie zaraz do domu ..! – zażyczyła sobie młoda pani adwokat, zapinając pasy.
Po chwili jednak zreflektowała się. Maria szybko zmieniała zdania i swoje nastroje.
- Wybacz, ostatnio jestem trochę nerwowa. Pojedziemy do mnie ...?
Doskonale znałem to spojrzenie. Natychmiast nacisnąłem pedał gazu.
Dziesięć minut później już przytulałem dziewczynę. Jej czerwone usta, jak maliny dopominały się pocałunków, a nagie uda wejścia pomiędzy nie. Potem nastąpił wspólny splot nagich ciał, jęk rozkoszy, błysk nieba ... Dawno nie przeżyłem takiego upojnego uniesienia z kochanką. Byłem w erotycznym raju.
- Byłeś wspaniały ! Już dawno nie przeżyłam z tobą tak cudownych chwil ! – oznajmiła mi kochanka, gdy już było po wszystkim.
- A z kimś innym ...? – żartowałem, obejmując ją ramieniem.
Leżeliśmy w łóżku zmęczeni tuż obok siebie.
- Ty potworze, nie zdradzam cię ! Nie mogłabym !
- Bez seksu pewnie długo nie wytrzymałabyś ...– stwierdziłem, sięgając zadowolony po papierosa. – Gdybym odszedł od ciebie, zaraz znalazłabyś sobie innego.
- Leon, nie będziesz teraz palił ! Nie będę całowała się ze śmierdzącą popielniczką !
Naga wstała z łóżka.
- Idę wykąpać się. A ty zaczekaj, bo jeszcze z tobą, głuptasie, nie skończyłam... – zamruczała i wyszła do łazienki, zgrabnie kołysząc biodrami.
Było po czternastej. Myślałem o swoim szczęściu z powodu odzyskania Marii. Znów ją kochałem. Teraz jakby inaczej, może nawet pełniej niż kiedyś. Partnerka zauważyła moją pozytywną zmianę i stąd ten szalony seks o tej porze. Gdyby nie historia Bartmanów, która mną wstrząsnęła, prawdopodobnie nie zaszłaby we mnie taka zmiana.
A może ożenić się z nią ...? – przemknęło mi przez myśl.
Moje rozważania przerwał uparty dźwięk gongu u drzwi. Niechętnie wstałem z łóżka i założyłem spodnie. W progu stał szczupły w średnim wieku mężczyzna, z małym brzuszkiem. Znałem go z widzenia, był sąsiadem Marii. Gość spodziewał się pewnie lokatorki, bo mój widok zaskoczył go. Zmieszał się na moment i twarz mu drgnęła.
- Ja do pani Marii ... – bąknął.
Dziwne, ale znajdował się tylko w krótkich gadkach, podkoszulce i sandałach na nogach. Krył coś za swoimi plecami.
- A o co chodzi ...?
- Przepraszam, że w takim stroju państwa nachodzę, jestem sąsiadem pani Marii ...spod dziesiątki ... – wyjaśniał grzecznie. – Przyniosłem dług do oddania, winny go byłem tej pani od dawna.
Zawahałem się, czy go wpuścić. Miałem jeszcze ochotę na małe pobaraszkowanie z kochanką, a facet zjawił się nie w porę.
- Jaki dług ? – zainteresowałem się.
- Taka niewielka sumka. Pani Maria była tak dobra, że pożyczyła mi ją na samochód. A to jest moje podziękowanie ... i zwrot pożyczki ... – rzekł i wyciągnął za pleców butelkę oraz szarą kopertę.
Wiedziałem, że takich rzeczy nie załatwia się w drzwiach mieszkania.
- Proszę do środka, moja przyjaciółka zaraz przyjdzie, właśnie bierze kąpiel, proszę moment poczekać... – zaprosiłem go zły, jak cholera.
Facet skłonił się, wszedł do pokoju i rozsiadł się w fotelu. Na stoliku położył butelkę koniaku i kopertę. Byłem wściekły na to, że ktoś nam przeszkadza. Zapukałem do drzwi łazienki.
- Kochanie, ktoś do ciebie ...! Kochanie ...!

-33-

Nie byłem pewny, czy mnie słyszy. Szum lejącej się wody skutecznie zagłuszał wszelkie odgłosy z zewnątrz. Miałem nadzieję, że kobieta szybko spławi intruza. Byłem zdziwiony faktem, że Maria pożycza komuś pieniądze.
- Może po kieliszeczku ...? – zaproponował ten.
- A owszem ...
- Przyjaciele moich przyjaciół są moimi przyjaciółmi !
Nie czekając na odpowiedź odkręcił korek butelki, a mnie nie pozostało nic innego, jak tylko podać kieliszki. Niewiele mówiłem, licząc na to, że facet u nas nie posiedzi zbyt długo. Myliłem się. Maria nie wychodziła spod prysznica, a gość nalewał sobie trunek za trunkiem, opowiadając mi o swoich dawnych podbojach miłosnych.
Dopiero gdzieś po piętnastu minutach wyszła okryta ręcznikiem sięgającym jej od piersi do połowy ud. Miała mokre, rozrzucone włosy.
- Ach, to pan ...? –wydukała zaskoczona obecnością gościa.
Na jej policzkach pojawił się nagły spory rumieniec.
- Co pan tu robi ...?
- Przyniosłem oddać pani mój dług ! Poza tym, w wyrazie wdzięczności, pozwoliłem sobie na mały gest ... – spojrzał na butelkę. – Proszę z nami napić się, bo my tu już panem zaczęli ...
- Nie jestem ubrana, proszę poczekać, zaraz się w coś ubiorę ! – bąknęła speszona przyjaciółka.
- Naprawdę nie trzeba ! – gość pochwycił dziewczynę za ramię. – I ja jestem w niekompletnym stroju ! Przecież jesteśmy sąsiadami, nie trzeba się krępować !
Bezczelny rządził się jak u siebie w domu. Pomyślałem, że to następny frajer w odstępie paru godzin, który czuje miętę do mojej partnerki. Maria siadła przy nas przy stoliku, odsłaniając mimo woli swoje nogi spod ręcznika.
- Proszę sprawdzić zawartość koperty, suma nie duża, ale ja jestem skrupulatny !- zażyczył sobie nieproszony mężczyzna.
- Wszystko w porządku ! – przeliczyła szybko pieniądze Maria. – Rada jestem, że z pana jest solidna firma !
Obcy zaczynał mnie coraz bardziej irytować. Kobieta wstała i podeszła do szafy. W bieliźnie schowała pieniądze, co było dużą nieostrożnością z jej strony. Zdołałem dostrzec, że była to kwota za dwa miesiące mojego wynagrodzenia. Nic nie wiedziałem o tej pożyczce, więc nie odzywałem się.
Miałem zamiar porozmawiać z dziewczyną na ten temat, gdy tylko gość wyjdzie.
Tymczasem on raz po raz spoglądał chytrym, pożądliwym wzrokiem na jej nagie, zgrabne, odsłonięte nogi. Nie podobało mi się to i poczułem w sobie zazdrość. Świńskimi oczkami obserwował każdy ruch kobiety. Co za cham ! Co za prostak ...!
Zadowolony widokiem, rozgadał się na dobre. Coś tam plótł o swoim nieudanym małżeństwie i wrednych dzieciach. Nawet go nie słuchałem.
- Może się jednak ubierzesz ? Nie wypada tak siedzieć przy panu ... – zwróciłem się do kochanki, przerywając potok jego słów.
- Naturalnie ... – odpowiedziała i podniosła się z miejsca.
Poprawiła ręcznik i ruszyła do łazienki.
- Naprawdę nie trzeba, wygląda pani wspaniale ! Proszę nacieszyć moje oczy swoim widokiem ! Przecież nikogo nie gorszymy ! Tu sami swoi ! – intruz także zerwał się z fotela i ponownie złapał dziewczynę za rękę. – Proszę usiąść ...


-34-

Ta błysnęła oczami, na twarzy zrobiła się jeszcze bardziej czerwona. Spojrzała na mnie niepewnie. Obcy szybciutko nalał wszystkim kolejne kieliszki koniaku. Siedliśmy z powrotem na swych miejscach.
- Za solidarność między sąsiadami !
Zastanawiało mnie zachowanie przyjaciółki. Zawsze była kobietą rozsądną, zdecydowaną, twardo chodzącą po ziemi i potrafiącą sobie radzić w niezręcznych sytuacjach. Była konsekwentna w rozmowie i trzymająca dystans do swego rozmówcy. Teraz prezentowała się jako nieśmiała, niepewna nastolatka.
Zaniepokoiłem się. Co mogło łączyć ją z tym dupkiem ...? Maria nigdy o nim nic nie mówiła. Każdy z odrobiną kultury, przeprosiłby lokatorów w takiej sytuacji, oddał dług i wyszedł. On tymczasem wciąż coś nawijał i gapił się uparcie w uda dziewczyny. Obawiałem się, że pod króciutkim ręcznikiem zobaczy jej czarną kobiecość, ale na szczęście kobieta trzymała cały czas kolana razem.
Zaczęła z nim dyskutować o samochodach.. Ledwo trzymając nerwy na wodzy, wyszedłem do kuchni, by zapalić papierosa. Postanowiłem, że gdy go wypalę, zdecydowanie wkroczę do akcji. Mimo, że to nie było moje mieszkanie, grzecznie, ale stanowczo wyproszę natrętnego sąsiada.
Jednak nie musiałem tego robić. Wkrótce zapukał do drzwi kuchni, pożegnał się i opuścił mieszkanie. Wytchnąłem. Pewnie zrozumiał swoje niestosowne zachowanie.
Zastanawiałem się, dlaczego dziewczyna tak bezceromonialnie przebywała w obecności sąsiada. Zażenowanie na jej twarzy mogło świadczyć, że coś może mieć z nim wspólnego. Miałem jednak nadzieję, że tak nie jest.
Więcej seksu tego dnia miedzy nami już nie było. Oboje straciliśmy jakoś ochotę. Poszliśmy do restauracji i zjedliśmy dobry obiad. Wciąż rozmawialiśmy o tym, co nas spotkało. Po południu pożegnaliśmy się i udałem się do swego domu. Telewizja, odpoczynek i zmęczony wcześnie położyłem się spać.

C.d.n ...


Re: " Dom Bartmanów " - kryminał w/g Mikesza ... - Mikesz - 17-04-2016

IX.

Czułem się przegrany sprawą Bartmanów. Praca w adwokaturze męczyła i nudziła mnie coraz bardziej. Zajmując się historią zaginięcia porucznika i dziewczynki, liczyłem na to, że na dłużej oderwię się od nie lubianej pracy, ale nic z tego nie wyszło. Dobrze, że chociaż odzyskałem moje uczucie do Marii. Cieszyłem się z tego faktu i nie mogłem doczekać się kolejnego spotkania z partnerką.
Zastanawiałem się także, w jaki sposób dobrać się do skóry tym szaleńcom z zameczku. Czy spróbować samemu przeprowadzić śledztwo ? Obserwować ich dom ?
Następnego dnia z samego rana spotkała mnie niespodzianka. Zadzwonił telefon.
- Co takiego ? Odnaleźli się ...?! Gdzie ? Po tylu dniach ?! Kiedy, jak ? To niewiarygodne ! Żyją ! Znajdują się w szpitalu ...? Którym ...? Rozumiem ... Ach, to tak ... ! Naprawdę nie ma za co ... Dobrze, przekażę ...
Odłożyłem słuchawkę telefonu i aż siadłem z wrażenia. Major Jonson poinformował mnie, że zaginiona dziewczynka i młody porucznik niespodziewanie odnaleźli się! Anonimowy rozmówca przekazał telefonicznie wiadomość jednemu z komisariatów, że oboje znajdują się w pewnym domu za miastem. Przybyła tam natychmiast policja stwierdziła, że była to prawda. Z opuszczonego domu nieprzytomnych zaraz karetką przetransportowano do pobliskiego szpitala. W tej chwili poddawani są intensywnym badaniom lekarskim. Podobno już odzyskali świadomość.

-35-

Major jeszcze raz podziękował nam za próbę odszukania zaginionych, a wystawiony rachunek przez kancelarią adwokacką będzie zrealizowany jak najszybciej ...
Byłem rad, że w tej historii nikt zbytnio nie ucierpiał. Zagadka jednak nie została wyjaśniona. Nie wiedziałem, co w końcu przytrafiło się tym nieszczęśnikom. Musiałem czekać cierpliwie na ich zeznania. I dlaczego Bruno Bartman podał nam środki psychotropowe i pobierano nam krew ?
Pod względem prawnym sprawa ta dla nas była definitywnie zakończona. Czy prywatnie również ? Czyżby Bartman uniknął kary za swe niecne cele ? O co tu w ogóle chodziło ?
W kancelarii tylko na krótko spotkałem Marię. Była jakaś roztrzepana i nerwowa.
- Jestem umówiona z klientem, nie wiem kiedy wrócę. To nagła i pilna sprawa ! Muszę lecieć, zadzwonię do ciebie, no to pa !
Pocałowałem ją tylko w policzek i tyle ją widziałem. Nie zdążyłem nawet poinformować ją o telefonie od Jonsona. Ja z kolei nie miałem wiele pracy. Klientów wcześniej odmówiłem, sądząc, że sprawa śledztwa zajmie mi więcej czasu.
Wracając do domu w skrzynce na listy znalazłem kopertę. Było w niej zawiadomienie o śmierci kuzyna. Pogrzeb odbyć się miał już za dwa dni. Byłem nieco wstrząśnięty, bo dobrze go znałem i był to dobry chłopak. Miał dwadzieścia lat, gdy zachorował na schizofrenię. Przyjaźniliśmy się, ale ostatnio nasze kontakty bardzo osłabły. Długo przebywał w zakładzie psychiatrycznym. Parę miesięcy temu powrócił do domu całkiem odmieniony. To nie był już ten sam człowiek, jak kiedyś. Zmizerniał, stracił swój luzacki, wesoły styl, stał się ponury, podejrzliwy, wciąż zamyślony. Po okresie remisji , choroba zaatakowała ponownie. Znów wylądował w szpitalu. Nie wytrzymał.
Odwiedzałem go parokrotnie. Zorientowałem się, że granica pomiędzy światem zdrowego człowieka, a chorego psychicznie często bywa zatarta i płynna. Jeżeli istnieje piekło, to znajdowało się ono na oddziałach psychiatrycznych. Obraz ludzkiej rozpaczy, urojeń i cierpienia istniał za metalowymi drzwiami bez klamek. Te wrota stanowiły rzeczywistą granicę pomiędzy światem wolnym i zdrowym, a królestwem szatana. To on z dziesiątków gardeł rzucał codzienne przekleństwa i wołania. To on szarpał włosy, wykrzywiał twarz z przerażenia i śmiał się z ludzkich upokorzeń. Koszmar schizofrenicznych przeżyć nie jest znany przeciętnemu człowiekowi. Objawy tej choroby są dla ludzi wybranych, skazanych na las nie z tego świata.
Po południu pojechałem kupić nowy telefon komórkowy. Poprzedni straciłem podczas wizyty u Bartmanów. Pomyślałem, że tylko przez ten fakt Bartmanowie zdążyli wywieść dziewczynę ze swego domu. Szukanie budki telefonicznej zabrało mi wtedy zbyt dużo czasu.
Potem dla relaksu wstąpiłem do miłego lokalu, by rozluźnić się przy szklance piwa.
Wieczorem, popędzany ciekawością wystukałem numer telefonu majora Jonsona. Byłem bardzo ciekawy, co zeznały odnalezione osoby. Przecież ich los dotyczył także i mnie osobiście. Policjant dość szczegółowo wyjaśnił mi sprawę.
Wyglądało na to, że wszystko było już jasne.
Dziewczynka i poszukujący ją porucznik zgodnie zeznali, że w domu Bartmanów podstępnie zostali odurzeni środkami psychotropowymi ! Wcześniej dziecko porwano, gdy wracało ze szkoły. Trop prowadzący do tego miejsca był trafny i słuszna była decyzja o wysłaniu nas do siedziby podejrzanego małżeństwa. Ofiary odzyskały przytomność po paru godzinach w zupełnie innych miejscach. Porucznik więziony był w jakimś pomieszczeniu z zabitymi deskami w oknach pod czujnym okiem zamaskowanych bandytów.
Traktowano go dobrze, mógł oglądać telewizję i czytać prasę. Na wszelkie jego pytania nie odpowiadano, a jedyna próba ucieczki skończyła się niepowodzeniem. Po paru dniach zrobiono mu zastrzyk, po którym obudził się dopiero w szpitalu.

-36-

Z dziewczynką było podobnie, ale nie potrafiła określić, gdzie się znajdowała. Traktowano ją troskliwie. Opiekowały się nią dwie panie, które wmówiły jej, że są ciociami, a mama do niej niedługo przyjedzie. I jej zrobiono zastrzyk, po którym natychmiast zasnęła. Dziewczynka obudziła się w szpitalu, brzuszek bardzo bolał ...
- A teraz niech pan się czegoś trzyma, panie Leonie ... – rzekł do słuchawki stróż prawa. – Pewnie zastanawia się pan, dlaczego ich porwano ? Otóż, obojgu wykonano poważne operacje chirurgiczne !
- Jakie operacje ...? Po co ...?
- Niech pan sobie wyobrazi, że wycięto im po jednej nerce ! Zabieg wykonano fachowo i zgodnie z najnowszą wiedzą lekarską ! Oboje czują się dobrze i nic im życiu nie zagraża !
- Co takiego ...? – byłem zaskoczony.
- Nie rozumie pan ? Od dziewczynki i porucznika pobrano narządy do przeszczepów ! Po prostu zostali przymusowymi dawcami ! W tym wypadku mamy do czynienia z nielegalnym procederem transplantacji. Po raz pierwszy w swej karierze spotykam się z takim przypadkiem ! Biorcy czyli chorzy to pewnie bogaci ludzie, którzy nie chcą czekać w kolejce na przeszczep. Sami zorganizowali akcję lub komuś ją powierzyli. Dzisiaj, drogi pani Leonie za pieniądze można wszystko ! W kosmos nawet polecieć ! Na dzień dzisiejszy nie jest większym problemem załatwienie zespołu medyków i aparatury. Obecnie takie operacje wykonuje się niemal rutynowo !
- A dlaczego akurat oni ...?
- Z tego, co dowiedziałem się od lekarzy, to przy wszelkich przeszczepach organów najważniejsze jest znalezienie odpowiedniego dawcy. Musi być tak zwana zgodność tkanek. Sądzę, że ktoś poszukiwał odpowiednich dawców ... laboratoria ... placówki służby zdrowia, gdzie pobiera się krew do analizy ... wypadło na dziecko ... Sprawdziliśmy, miało ostatnio robione badania profilaktyczne ...
- A porucznik ...?
- Nasz człowiek sam nawinął im się pod rękę. Gdy go uśpiono i pobrano krew do analizy, może okazało się, że też jest właściwym dawcą dla kogoś ...? Przypuszczam, że mamy do czynienia z całą siatką medycznych gangsterów. Na jaką skalę handlują ludzkimi organami, jeszcze tego nie wiemy.
- Przecież ci ludzie do końca życia zostaną kalekami !
- Niezupełnie. Z jedną nerką można spokojnie żyć i funkcjonować. Całe szczęście, że to nie serce.
- A co z Bartmanami ...?
Siedziałem w fotelu i słuchałem cały przejęty.
- Oczywiście, ulotnił się. Będziemy poszukiwać go listem gończym. Obawiam się, że nie są to jedyne ofiary tego drania. Myślę, że ten łotr był pośrednikiem i dostarczycielem żywego towaru do jakiejś prywatnej kliniki. W tym interesie obraca się wielkimi pieniędzmi ...! – wszystko wyjaśniał mi Jonson.
- O mały włos nie spotkał nas podobny los ...!
- Miał pan rację, panie Leonie. Zwracam panu honor. Podobnie jak porucznik, sami nawinęliście się im pod rękę, a Bartmanowie pewnie i tak planowali niebawem uciec, być może już następnego dnia. Mieliby dodatkowe organy ... Wiedzieli, że są na naszym celowniku. Wtedy, szukaj wiatru w polu...! Uratowało was to, że w porę pan się wtedy obudził. Pewnie podali za mało środka nasennego.
- Więc o to chodzi ... ! To sukinsyny ...! – aż drżałem z emocji. – A to perfidni ludzie !

-37-

- Po pana ucieczce, właściciele posiadłości zdali sobie sprawę, że niebawem sprowadzi na nich policję. Na ewakuowanie było za mało czasu, więc czym prędzej zatarli wszelkie ślady i oddali pod domowy adres pana koleżankę. W ten sposób uniknęli wpadki, namacalnych dowodów nie było żadnych i dali sobie czas na opuszczenie nieruchomości i ucieczkę ...
- Teraz rozumiem, dlaczego pobierali nam krew. Pewnie w domu mieli urządzenie do analizy krwi. Może ta szajka posiada cały bank danych biorców i dawców ...!
- Nie wykluczamy tego, panie Leonie !
- Tak ... Teraz to wszystko układa się w logiczną całość ... – zamyśliłem się. – W domu Bartmanów pozbawiano ludzi przytomności i potem wywożono gdzieś na zabiegi, pozbawiające narządu ... Dobrze przynajmniej, że te hieny nie zabijały !
- Zapewniam pana, że zrobimy wszystko, aby ci dranie znaleźli się za kratkami ! – oznajmił mi na koniec rozmowy policjant. – Nad ranem przetrząsnęliśmy już fachowo cały dom Bartmanów ...
- Cieszę się, że już po wszystkim ...
- Aha, jeszcze jedno. Mamy dodatkowe oskarżenie. Podejrzewamy, że Brono Bartman zajmował się także dodatkowo molestowaniem młodych kobiet. Pod jakimiś pretekstami zapraszał do swojego domu atrakcyjne i naiwne dziewczyny, upijał je, dodawał coś do alkoholu, a potem wykorzystywał seksualnie. Właśnie dwie kobiety zgłosiły się do nas ... Będziemy intensywnie poszukiwać ptaszka ... Znaleźliśmy wreszcie w jego domu, pod podłogą kilkadziesiąt zdjęć pornograficznych ...
Aż się spociłem. Odłożyłem słuchawkę telefonu i zaraz sięgnąłem po papierosa. Było już wszystko jasne. Pozostało mi cierpliwie czekać na Marię, by przekazać jej najnowsze wieści. Telefonicznie nie chciałem jej przeszkadzać w pracy. Uczyniłem to dopiero późnym wieczorem.
O dziewiętnastej kobieta wysłała mi sms z informacją, że jest już w domu. Natychmiast pojechałem tam do niej.
- Kochanie, uratowałeś nas od kalectwa ! – stwierdziła niecałą godzinę potem kobieta, gdy dokładnie zdałem jej relację z rozmowy z majorem. – A więc, to tak ...! I pewnie dlatego też przy okazji chciał mnie uwieść ...! A to ci historia ! A to stary zbereźnik ...! Współczuję tym kobietom ... Wiem, jak mogły się czuć ...!
Siedziałem w mieszkaniu Marii i spokojnie popijaliśmy wspólnie słodką wódeczkę.
- Czy Bartmanom opłacał się taki przestępczy proceder ? Przecież wiedzieli, że ryzykują więzieniem ! Przecież to nie są młodzi ludzie, gdzie chęć zarobku przysłania oczy i rozum ... Po co im to ...? Są już starzy, mogli żyć sobie spokojnie ... – zastanawiała się Maria. – Nie rozumiem takich ludzi ...
- Nie wiem... Zameczek jest podniszczony, może nieruchomość była zadłużona ? Kochanie, duże pieniądze potrafią wskazywać ludziom nowe cele, szanse i nowe złudzenia, i to bez względu na wiek ... Zresztą, kto to wie, co kierowało zamiarami Bartmanów ...
Kobieta położyła mi głowę na ramieniu i zamyśliła się.
- Zostaniesz u mnie na noc ...?
Potem była wspólna miłość na miękkim łóżku, czułe szepty, pocałunki. Jednak wyczułem jakby znudzenie partnerki. Nie było już tak cudownie, jak jeszcze całkiem niedawno temu. Zapytałem ją o to.
- Och, co ty mówisz ...? Jesteś najlepszym kochankiem pod słońcem ! Coś ci się tylko zdaje ... ! – odpowiedziała dziewczyna i wkrótce zasnęła w moich objęciach..

-38-

A ja jeszcze długo nie mogłem zasnąć.
Wtedy nawet przez głowę mi nie przeszło, że to jeszcze nie koniec historii z Bartmanami.

C. d. n ...


Re: " Dom Bartmanów " - kryminał w/g Mikesza ... - Ashes - 17-04-2016

Codziennie czytam z zapartym tchem. Chociaż pracuje po 12 godz. dziennie. Niezwykle wciągająca i zagadkowa opowieść.


Re: " Dom Bartmanów " - kryminał w/g Mikesza ... - Mikesz - 18-04-2016

X.

W nocy śniły się jej dziwaczne rzeczy. Znajdowała się w jakiejś jaskini i prawie naga broniła się przed atakiem jakiegoś pomarszczonego staruszka, ubranego w strój mnicha. Oparta plecami o zimną, kanciastą skałę była bezbronna, ręce miała chyba związane, a nogi takie ciężkie ! Dziadek dotykał ją kościstą ręką po piersi i brzuchu. Śmiał się przy tym głośno, a nogi jej rozsuwał drewnianą laską. Maria czuła przypływ niezrozumiałego, niezdrowego podniecenia, choć ta sytuacja wcale się jej nie podobała. Owszem ... nie raz miała różne erotyczne fantazje ... Nie pamiętała, co dalej się działo.
Ranem stwierdziła, że ów sen jest pewnie efektem jej ostatnich przeżyć w domu u Bartmanów.
- Wskaże pani nam drogę na dworzec kolejowy ...? – zaczepili ją jakiś mężczyźni, gdy o dziewiątej rano śpieszyła się do pracy.
Samochód zostawiła na parkingu, ale do siedziby kancelarii adwokackiej miała jeszcze ze sto metrów. Dwie postacie wyrosły przed nią, jak spod ziemi. Na dworze było szaro i mgliście. Maria poczuła dotknięcie dłoni na ramieniu. Przystanęła.
- Trzeba jechać prosto, a potem na skrzyżowaniu skręcić w prawo – objaśniała. – To niedaleko ...
Mężczyźni nie słuchali jej. Niespodziewanie jeden z nich rozglądnął się szybko dookoła i jednym ruchem pochwycił kobietę za ramiona. Naparł ciałem.
- Siadaj paniusiu ...! – silnie szarpnął ją w stronę granatowej furgonetki.
Na chwilę straciła równowagę. Nie miała szans na jakąkolwiek obronę. Nawet nie wiedziała kiedy, trzeci z osobników, siedzący w samochodzie wciągnął ją do środka, przytrzymał i zasunął drzwi. Była porwana.
- O co chodzi ...!? Zostawcie mnie ! Kim jesteście ...?! – krzyczała w ruszającym z piskiem opon aucie. – To jakaś pomyłka ...!
Siedziała na tylnym siedzeniu pojazdu między nieznanymi jej osobami.
- Czego chcecie ode mnie ...?! Proszę mnie puścić ! I niech pan mnie nie ciągnie ! – szamotała się zdezorientowana kobieta.
- Pojedziesz paniusiu z nami na wizytę. Pewien pan cię zaprasza ! – oznajmili porywacze.
- Kto zaprasza ? W taki sposób ...?! Co to ma znaczyć !? – oburzała się Maria. – Proszę natychmiast się zatrzymać !
Ściśnięta z obu stron nic nie mogła zrobić.
- Coś taka wyrywna ...? Spoko... ! Czego się rzucasz ? Zawieziemy cię do pewnego gościa i cześć ! Nic ci się nie stanie.
Maria uspokajała się. Zrozumiała, że takim zachowaniem nic nie wskóra. Spojrzała na obu mężczyzn. Jeden był w szarym płaszczu, z wybitymi przednimi zębami i nieco seplenił. Drugi w czarnej, skórzanej kurtce był znacznie starszy i grubszy.
- Ale babka pachnie ...! - stwierdził ten ostatni, nachylając się nad dziewczyną. – Pewnie dziadek będzie chciał ją nie tylko wąchać !
- Dokąd mnie wieziecie ? Jaki dziadek ...? O kim mówicie ...? Nie znam żadnego dziadka ! Pewnie mnie z kimś innym pomyliliście !

- 39-

- Zobaczysz ! Pewnie musisz być dla niego ważna, skoro zażyczył sobie ciebie dostarczyć ! Nie nasza sprawa, bez urazy panienko .... Facet dobrze płaci, a my wykonujemy robotę, nie ...?
Teraz kobieta zrozumiała. Zbliżali się do posiadłości Bartmanów !
- Wieziecie mnie do człowieka, który jest poszukiwany przez policję listem gończym ! – rozpaczliwie zwróciła się do napastników. – Ja go znam, on chciał mnie zabić ...!
- A kto z nas nie jest poszukiwany ! – zarechotali. – Lepiej siedź cicho, mała !
Samochód wąskimi uliczkami okrążył posiadłość szaleńca i zatrzymał się z drugiej strony ogrodu. Porywacze pochwycili swą ofiarę pod ramiona.
- Tylko się nie drzyj, bo ci w łab damy, kumasz ...?
Przez zakrytą gałęziami krzewów zardzewiałą furtką w murze, mężczyźni wraz z kobietą przedostali się na teren posiadłości Bartmana. Maria nie stawiała oporu, ale trudno było jej iść po wysokich trawach i chaszczach w butach na szpilkach i długim płaszczu. Zaczepiał raz po raz o wystające kolce roślin.
Ciemny zarys budowli złowróżbnie czekał na przybyszów.
- Nie chcę tam iść ...! Puśćcie mnie ...! Czy wiecie, że ten człowiek wycina ludziom narządy i je sprzedaje ... ? On mnie zabije ...! – ostatni raz szarpnęła się pani adwokat, ale nadaremno.
- Nie nasza sprawa ! Nie opieraj się, bo przyłożymy ci w tą ładną buzię !
Mężczyźni przystanęli przed masywnymi, półokrągłymi, drewnianymi drzwiami, znajdującymi się w tylnej części zameczku. Otworzono je i mocno pchnięto ją w przód. Kobieta potknęła się i upadła na kamienną posadzkę. Usłyszała za sobą szyderczy śmiech porywaczy. Poderwała się zaraz, dumnie wyprostowała i poprawiła płaszcz.
- Chamy ...! – krzyknęła zdenerwowana, że aż echo poniosło po obszernym pomieszczeniu. – Jełopy ! Świnie pędzić, a nie z ludźmi się zadawać !
- Ty kurde ...nie podskakuj nam ...! Takie jak ty, to my ...
Jeden z osobników doskoczył do Marii i złapał ją mocno za włosy. Zamierzył się.
- Zostaw ją ...! – odezwał się nagle ktoś głośno.
Z półmroku wyłonił się sam Bruno Bartman.
- Witam ... witam ... szanowną panią ... – pokłonił się nisko.
Ubrany w czarny garnitur i czerwoną koszulę, wyglądał na nieco zmęczonego. Podszedł do Marii, chcąc pocałować ją w rękę, ale ona cofnęła dłoń.
- Pan nie w więzieniu ...? – zapytała ironicznie pani adwokat, starając się zachować zimną krew. – Czego pan ode mnie chce ...? Czy nie wystarczającą krzywdę mi pan już uczynił ? Po co to porwanie ?
Starszy mężczyzna skinął na oprychów, którzy bez słowa wyszli z pomieszczenia.
- Jak pani widzi, nie jestem w więzieniu. A poleciłem, aby panią ściągnięto tu po to, by pani spełniła moje ostatnie życzenie.
- Jakie znowu życzenie ...? Pan jest nienormalny, pan chciał, aby wycięto mi nerki ! Proszę mnie wypuścić ! Zaraz tu będzie policja ! – blefowała.
Przestraszona Maria powoli cofała się w stronę drzwi.
- Nic się pani nie stało. Ot, tylko taka mała przygoda przydarzyła się niedoświadczonej pani adwokat. Nic strasznego.
- Chciał mnie pan sprzedać ! To nieludzkie ! Pana miejsce to w domu wariatów !
- Jednak uniknęła pani tego ... Miała pani szczęście ... ! – odpowiadał Bartman spokojnie, krążąc wokół swego przymusowego gościa. – Pragnę pani wyjaśnić, dlaczego ją tu sprowadziłem.

- 40-

- Jestem bardzo ciekawa, ty draniu !
- Ściągniecie pani do tego domu jest moją zemstą na pani przyjacielu. To on pokrzyżował mi plany i zwalił na kark policję z całego miasta. To przez niego muszę się teraz ukrywać. Szlag trafił moje zamierzenia. Chciałem ratować śmiertelnie chorych ludzi, ale pani towarzysz mi w tym przeszkodził !
- Chciał pan kogoś ratować ...? Pan chyba sobie kpi ! W taki sposób, że innym wycina organy ...?! Pan jest wariatem ! Potworem ...!
- Nieprawda ! Porucznik i dziewczynka przecież żyją. Zespół operacyjny pobierał z jednej osoby tylko jedną nerkę, a nie dwie. Nikogo nie zabiłem, a wręcz odwrotnie, ocaliłem innym życie ..! – usprawiedliwiał się właściciel domu.
- Pana szczerość jest przerażająca !
- Chciałem skończyć swoją myśl ... – kontynuował dalej Bruno Bartman. – Postanowiłem srodze ukarać pani chłopaka. Dobrze wiem, że jest zakochany w pani po uszy. Będzie bardzo cierpiał, gdy dowie się, że jego piękna partnerka współżyła z kimś, kto jeszcze niedawno chciał ich pokrajać.
- Pan ... pan jest chyba nienormalny ! Pan zbzikował na starość ...! – wyszeptała z niedowierzaniem Maria. – Skąd u pana taki kretyński pomysł !
- Żona wyjechała już do innego kraju, przyjaciele także zdążyli przekroczyć granice. Z konta bankowego udało mi się wyciągnąć oszczędności. Zostałem w kraju, mimo, że gliny dreczą mi po piętach. Dzisiaj udało mi się ich wyprowadzić w pole i na bezczelnego wrócić na chwilę do mojego domu ... – mówił Bartman. – Nie wyjechałem zagranicę, bo najpierw muszę utrzeć nosa policji i pani przyjacielowi. Mam słabość do kobiet, a pani mi się cholernie podoba ...! Mam nadzieję, że to dość ryzykowne przedsięwzięcie mi się opłaci i dopnę swego ... ! Liczę na panią !
- Porwał mnie pan tylko po to, abym została pana kochanką ...? – nie dowierzała zdziwiona dziewczyna. – Pan naprawdę zwariował ... !
- Całe życie zachwycałem się urodą niewiast, były moją wielką namiętnością, pasją, sensem życia. Zdaję sobie sprawę, że w każdej chwili mogę zostać aresztowany, ale ja nie pozwolę wtrącić się do więzienia, rozumie pani ...? Wybrałem ciebie, być może tą ostatnią w moim życiu ...
- Sadzi pan, że to dla mnie jakieś wyróżnienie ...? To jakiś kompletny absurd ... !
- Nie wiem. Zresztą, wszystko mi jedno, co pani o tym sądzi.
- Pan chyba na pewno jest obłąkany ! Za kogo się pan w ogóle uważa ...?
Na środku słabo oświetlonego pomieszczenia stał długi stół. Przy nim ustawiony był rząd krzeseł. Gospodarz domu sięgnął po jedno z nich i podsunął kobiecie.
- Spocznie pani ...?
Maria z ulgą usiadła.
- Muszę pana rozczarować. Chyba na próżno są pana wysiłki. Nie zamierzam się z panem spoufalać, a tym bardziej zostać jego kochanką. Co za niedorzeczność ! Proszę natychmiast mnie stąd wypuścić ... !
Twarz Bartmana nagle nabrzmiała, zmieniła rysy i barwę. Nagła metamorfoza tego człowieka do reszty przeraziły kobietę. Głos zmienił się. Był rozkazujący, ostry. Siedząc na miękkim krześle, okrągłymi oczyma Maria patrzyła na jego postać.
- Pan bredzi ...!
- Posiądę cię tu i teraz ! Twoja obrona spowoduje tylko, że tylko chętniej będę używał twego ciała. Tutaj jesteś tylko moja ...! Nikt cię tu teraz nie znajdzie, nie uratuje ...! Jesteś za słaba, aby mi się przeciwstawić ... ! – wychrypiał nachylając się nad swoją ofiarą.

-41-


Maria zdrętwiała z przerażenia.
- Widziałem cię nagą ... byliśmy wtedy sami i to wykorzystałem ! Może chcesz zobaczyć swoje zdjęcia ? Wyobrażenie cię takiej bezbronnej i uległej, nie daje mi zasnąć ... ! To była ekstaza ...!
Wielkimi łapskami chwycił za płaszcz kobiety.
- Pan jest stukniętym zboczeńcem i sadystą ! Co pan mi wtedy zrobił !? – wykrzyknęła Maria, podrywając się z miejsca. – Zostaw mnie w spokoju ...!
- Masz rację ... – przyznał szaleniec, usiłując z wybałuszonymi oczami ściągnąć z kobiety okrycie. – Jestem sadystą i zaraz przekona się pani o tym ! Hubercie ! Hubercie ... ! – zawołał starszy mężczyzna, widząc zdecydowany opór swego gościa.
Łysy kamerdyner wbiegł do pomieszczenia i dopadł szamoczącą się dziewczynę. Chwycił za ramiona i wygiął je w tył i mocno przytrzymał. Bartman cofnął się o krok i tryumfalnie spojrzał na Marię.
- Nie puszczaj ! – wysapał, lustrując panią adwokat z góry na dół. – Tak ... krótka, niebieska spódniczka, zgrabniutkie, szczupłe nogi, żakiecik, czarne pończoszki, głęboki dekold ... Kogo dzisiaj mieliśmy zamiar kusić ...?
- Może i samego diabła ...! – krzyknęła zrozpaczona kobieta.
Ile sił starała się wyswobodzić z uścisku służącego.
- Nie podchodź do mnie, ty zboczeńcu ...!
- Ja mogę być dla ciebie tym diabłem ! Tylko zamiast dwóch rogów na głowie, mam jeden i dobrze wiesz gdzie !
Maria starała się wybrnąć z sytuacji inną metodą.
- Nie sadziłam, że może posunąć się pan do tak prymitywnych odruchów! Jak pan może napastować bezbronną kobietę i zmuszać do czegokolwiek ! Czy nie stać pana na zdobycie kobiety w inny, przyjacielski i uczciwy sposób ...?
- Przecież jestem sadystą i lubię, jak kobiety przeciwstawiają się i walczą zaciekle ... – odrzekł Bartman z wypiekami na twarzy. – I co ty na to, moja droga ...? Twój przyjaciel chyba nie będzie zachwycony, gdy zobaczy twoje rozebrane zdjęcia i przeczyta informację o tym, co teraz zrobimy ! Cha, cha ...! – zaśmiał się jak szaleniec. – Już niedługo o tym się dowie ! Gdy wyjadę zagranicę zaraz mu wyślę odpowiednią przesyłkę ...!
- Ty bydlaku ...! Zostaw mnie w spokoju ... !
- Dalej ... dalej ... Stawiaj się ...! Uwielbiam jak tak mówią kobiety !
Maria bezradnie patrzyła, jak dłoń mężczyzny przybliża się do jej nóg. Zaraz znalazła się pod spódniczką. Usiłowała kopnąć napastnika.
- Wierzgasz ... ? Nic ci to nie da ! Lepiej rozstaw je od razu ...! – sapał rozdygotany Bartman, gdy jego goryl przytrzymywał ramiona Marii w tył.
- Ty zboczona świnio ! Odpowiesz za to ...! Zapłacisz .. – szeptała rozpaczliwie pani adwokat, patrząc w dół, jak napastnik zrywa z jej nóg rajstopy i bieliznę. – Zgnijesz wkrótce w pierdlu !
Gdy obnażył ją, krew nagle uderzyła dziewczynie do głowy, a nogi ugięły się. Niespodziewane pożądanie przeplatało się ze wstydem, wstrętem do gwałciciela i uczuciem poniżenia. Wzdrygnęła ciałem, gdy rozjuszony jak zwierz złapał ją wpół. Chciała się wyrwać i uciec. Nadaremno. Bartman rozerwał żakiet i koszulkę, wydobywając na wierzch małe piersi. Jego druga ręka tkwiła między jej udami.
- Zostaw mnie, ty obleśny staruchu ...! – Maria rzuciła ciałem raz i drugi.

-42-

Obaj mężczyźni zawlekli ofiarę do stołu i brutalnie rzucili na plecy na mebel. Przestępca stanął między jej nogami i nakrył ciałem. Maria miotała się zawzięcie z całych sił.
Potem zaraz zamknęła oczy. Podniecenie rosło, charakterystyczne mrowienie skóry na brzuchu przepowiadało erotyczne uniesienie.
Bartman wszedł w nią raptownie i do końca.
- Och ... ! – stęknęła cicho trochę z bólu, trochę ze strachu i trochę z podniecenia.
Przestała się bronić. Świat zachwiał się, nastąpiło rytmiczne kołysanie, drganie ciałem i na moment nastąpił błysk niebios.
Wiedziała, że została upokorzona w maksymalny sposób.

C. d. n ...


Re: " Dom Bartmanów " - kryminał w/g Mikesza ... - Mikesz - 19-04-2016

XI.

Nieobecność Marii w pracy była dla mnie niepokojąca. Jej samochód stał na parkingu, ale w adwokaturze nie pojawiła się. Czekali na nią umówieni, zniecierpliwieni klienci. Zadzwoniłem pod jej numer komórkowy, ale nikt nie odbierał. Zaczynałem się denerwować. O dziesiątej wystukałem numer majora Jonsona. Instynktownie pomyślałem o Bartmanie.
- Czy może pan wie, gdzie jest teraz moja koleżanka ...?
- A skąd mam wiedzieć ...?
- A czy posiadłość Bartmanów jest nadal obserwowana ...?
- Po co pan pyta ...? Otrzymaliśmy sygnał, że chce wydostać się z kraju promem, więc nad ranem zdjąłem swoich ludzi ... A stało się coś ...?
- Nie ... nic ... ale nie mogę się z nią skontaktować ...
Wewnętrzny głos podpowiadał mi, że może warto sprawdzić dom tego nieobliczalnego człowieka. Nie miałem specjalnie nic do roboty, a Maria nadal nie dawała znaku życia.
Zatrzymałem samochód w wąskiej uliczce i pełen podniecenia ruszyłem w stronę nieruchomości Bartmanów. Z trudem przedostałem się przez mur, brudząc spodnie i ręce. Nie chciałem, aby ktoś mnie zobaczył.
- Ktoś ty ...! ? Co tu robisz, do cholery ...?! – szczupła sylwetka człowieka nagle wyłoniła się zza drzew. – Czego tu szukasz1? Kim jesteś !? Może szpiegujesz ..?! Gadaj ! Glina ... ?
- Skądże .. ! Poszukuję pewnej kobiety ... – odrzekłem niepewnie, czując jak włos na głowie mi się jeży.
- Tutaj nie ma żadnej kobiety , frajerze...!
Coś pstryknęło, błysnęło i zobaczyłem w dłoni mężczyzny nóż.
- Zaraz sprawdzimy coś za jeden ...! Tylko nie stawiaj mi się facet ...! – warknął złowróżbnie stróż. – No, idziemy ...!
Jednym krokiem niespodziewanie zaszedł mnie od tył i zanim się zorientowałem, miałem wykręconą rękę. Ostry metal uciskał mi szyję.
- Tylko ostrożnie z tym narzędziem ! Chciałem się tylko rozejrzeć ! Po co od razu pan mi grozi ...? Nic nikomu nie zrobię ...! – tłumaczyłem się przestraszony, idąc pochylony w przód. – Co się pan wygłupia, stało się coś ...?
- Wszedłeś na teren prywatny, facet ...! – oprych pchnął mnie w otwarte wrota zameczku. – Idziemy ... !
Zasunął za mną żelazne drzwi na zasuwę, puścił moją rękę, a scyzoryk schował do kieszeni.
- Facet szwendał się koło budynku. Zgarnąłem gościa, bo licho wie, co to za jeden ... ! Węszył ... ! – zwrócił się stróż do swego kompana, który wyłonił się za okiennej kotary.

-43-

Rozglądnąłem się wokół siebie. Znajdowałem się w niemal pustym pomieszczeniu. Na środku stał tylko stół z krzesłami. Dwaj mężczyźni wyglądali na ludzi pilnujących kogoś albo czegoś. Mimo, że wcześniej myszkowałem w całym zameczku, w tym pokoju nie byłem ...
- Może to glina ...? Trzeba go przeszukać !
- Ależ panowie... co to za cyrk ...? Nie jestem policjantem, ja tylko szukam mojej przyjaciółki ... Panowie spokojnie ...
Jeden z nich dokładnie mnie obmacał.
- Ma tylko prawo jazdy, komórkę i trochę pieniędzy ! To chyba nie jest szpicel ! Poza tym, chyba nie byłby sam ...? – stwierdził ochroniarz domu.
- Oczywiście, że nie jestem policjantem ! – broniłem się, kryjąc lęk na twarzy. – Szukałem tylko kogoś, bo sądziłem, że być może znajduje się gdzieś w okolicy. Pomyliłem się, przepraszam za najście. Pójdę już, nie będę panom zawracał głowy – zrobiłem ruch w kierunku wyjścia.
Nogi uginały mi się ze strachu, a w umyśle wykiełkowała myśl, że trafiłem w dziesiątkę. Ci mężczyźni w siedzibie Bartmana z pewnością mieli z nim związek i prawdopodobnie ze zniknięciem Marii także. Chciałem wydostać się stamtąd i jak najszybciej powiadomić Jonsona o moim odkryciu. Niemal na sto procent byłem pewny, że dziewczyna została uprowadzona i przetrzymywana przez tego łotra.
- Czego tu szukałeś ? Kim jesteś ? – osobnik w czarnej kurtce złapał mnie za klapy płaszcza i przycisnął do ściany. – Nie uwierzę, kurde, że przypadkowo plątałeś się po obcym terenie ! Kitu nam nie wciskaj ! Gadaj, co robiłeś ...!
- Powtarzam panowie, że znalazłem się tutaj przez zupełny przypadek. Szukałem kogoś, nic więcej ...!
- Kogo ?
- Jednej osoby.
- Mówiłeś mi, że chodzi o kobitkę !
- A kobieta to nie osoba ...?
- W trąbę z nami posuwasz ...?! Sądzisz, że nas wykiwasz ...?!
- Spoko stary ... – uspokajał jeden drugiego. – Zrobimy to, co kazał szef. Żadnych świadków, żadnego ryzyka, jasne ...?
Zbiry spojrzeli na siebie i w mig znowu mnie pochwycili w swe mocne łapska.
- Sam się wpakowałeś bracie ...!
Szarpnąłem się, ale nie dałem rady dwóm osiłkom. Zaczęli mnie gdzieś prowadzić.
- Panowie, co robicie ..? Dokąd idziemy ...? Czego chcecie, do cholery !
Oprychy dobrze wiedzieli, co czynić. Wypuszczając mnie, narażali się na duże niebezpieczeństwo. Na pewno brali pod uwagę fakt, że nieznany im facet może zawiadomić policję i wydać ukrywającego się Bartmana .
- Dokąd mnie prowadzicie !? Co chcecie zrobić ...? – powtórzyłem, gdy wlekli mnie do piwnicy. – Dlaczego tam ...?!
Siła fizyczna była górą. Schodząc schodkami w dół do podziemnej części zamku, czułem lekkie przerażenie. Na nic zdały się moje wysiłki, by uwolnić się od bandziorów. W odpowiedzi otrzymałem silny cios w bok. Zabolało i na chwilę zabrakło mi powietrza. Słabiutkie, zimne światło tliło się z paru żarówek. Pewnie naprawili prąd. Oświetlało mokre i odrapane mury piwnicy. Nie przypuszczałem , że znowu trafię w to ohydne miejsce.
- Do tej jamy z nim ...! Niech tam zgnije ...! Nikt go tam nie znajdzie ! Niech nie wtyka nosa w nie swoje sprawy ...! – skazał mnie ten w czarnej kurtce.


-44-

Bandyci zatrzymali się przy wąskich drzwiach, zbitych tylko z samych desek. Otworzyli je i z trudnością przecisnęliśmy się przez prostokątny otwór. Ledwo chwytałem do płuc stęchłe powietrze.
- Panowie, co wy robicie ... ?!
- Przyznaj się, że szukałeś tej ładniutkiej babki ! Co z nią szef wyprawiał ...! Ty frajerze, przyszedłeś po nią sam ...? Skąd do cholery wiedziałeś, że ona tu jest ...? Kto ty w ogóle jesteś ? Myślałeś, że wypuścimy cię, a ty zawiadomisz gliny ...? Nic z tego, zdechniesz w tym dole ! Warto było się poświęcać dla takiej ...? Sam tego chciałeś ... !
Znalazłem się w ciemnej, dusznej celi. Mgliste światełko z korytarza rzucało słaby blask na jakąś dziurę w ziemi. Czyżby te łotry chcieli mnie tam wrzucić ? Strach dodał mi sił. W rozpaczy zdołałem wyrwać się z rąk mężczyzn i rzucić w stronę jasnego otworu wyjścia. Moment potem nastąpiło chwilowe zapomnienie.
Zdezorientowany ocknąłem się leżąc na mazistej ziemi. Bolała cała szczęka, a w głowie głośno szumiało. Zrozumiałem, że otrzymałem bardzo silne uderzenie w twarz. Byłem zupełnie bez sił. Bandyci poderwali mnie za ramiona w górę i ordynarnie przeklinając, zawlekli na krawędź studni.
Lej biegnący pionowo w dół do czarnej czeluści, skojarzył mi się zaraz z drogą do samych piekieł. W najgorszych w swych snach wpadałem w przeróżne przepaście i budziłem się wtedy w środku nocy z rozkołatanym sercem. Tutaj nie mogłem się obudzić, to była rzeczywistość. Spojrzałem jeszcze błagalnie na swych prześladowców. Dłonie drżały, lęk złapał na gardło.
- Panowie, chyba nie wrzucicie mnie tam ...?! – wykrztusiłem z trwogą. – Panowie, na Boga ... nie róbcie tego ...! No, co wy ... !
- Spadaj facet ... – zaśmiali się oprychy i pchnęli mnie w przód.
Straciłem równowagę i zsunąłem się w dół. Krzyknąłem w śmiertelnym strachu i po chwili uderzyłem stopami o rozmiękłe podłoże. Studnia o średnicy półtora metra nie była przyjazna człowiekowi. Duszność, ciemność, smród. Po omacku wyciągnąłem ręce przed siebie. Wokół mnie była zimna, twarda skała.
Spojrzałem w górę i zobaczyłem nad sobą jasny krąg. Oprawcy jeszcze nachylili się i coś do mnie mówili. Potem jasne koło w górze zbledło i w końcu znikło. Nastała całkowita ciemność. Przeraźliwie zawołałem. Pomyślałem, że może chcą mnie tylko nastraszyć, pozostawiając na pewien czas w tym ciasnym grobie. Wpadłem niemal w panikę. Poczułem się pogrzebany żywcem.
Przez chwilę nadsłuchiwałem mając nadzieję, że jest to tylko wredny kawał osiłków. Niestety, tak nie było. Chciałem za wszelką cenę wspiąć się na górę, ale nerwy mi nie wytrzymały. Od uderzeń i prób wydostania się zaczęły mi krwawić ręce. Logiczne myślenie zgubiłem wśród miotania się w dusznym leju. Czy tak wygląda walka i zmaganie się człowieka ze śmiertelną pułapką ...?
Zmęczony opadłem w trwodze na ziemię. Wysiłek i próba wydostania się o własnych siłach okazały się nadaremne. Przed oczami latały białe mroczki, a dotychczasowe życie ukazało mi się jak w przyśpieszonych kadrach filmu.
Długo dochodziłem do siebie, nie potrafiłem określić, ile czasu minęło. Pierwszy szok minął i powoli zmysły wracały do równowagi. Całe szczęście, że otwór w piwnicy okazał się niezbyt głęboki i podczas upadku nic mi się nie stało. To było moje piekło za życia. Pozostawiony w wąskim leju z trudem opanowywałem nerwy, siły wracały, a chęć wydostania się stamtąd była olbrzymia.


-45-

Chyba już nie mogło być gorzej – wnioskowałem. Ale, nie była to prawda. Mogłem przecież poważnie zranić się lub złamać nogę. Wtedy pozostałaby tylko żarliwa modlitwa o szybką śmierć. Postanowiłem do ostatnich sił walczyć o życie. Gaz w mojej zapalniczce szybko skończył się.
Skalne mury nie były gładkie. Dużo było wystających ostrych krawędzi i wnęk, na których jednak można było oprzeć dłoń lub stopę. To była moja szansa. Z amokiem w oczach przystąpiłem do kolejnych ataków wyswobodzenia się z grobu.
Parę prób wydostania się było nieudanych, upadałem na dno z różnych wysokości. Osuwałem się, kalecząc dłonie i plecy, którymi starałem się opierać o wystające fragmenty skały. Szkoda, że nic nie widziałem. Musiałem wspinać się po omacku. Mój organizm był zmobilizowany na maksymalny wysiłek. Stopniowo uczyłem się topografii otoczenia. Upadając raz po raz, wiedziałem, gdzie można było się uchwycić, podeprzeć nogą, a gdzie ściana była gładka.
W końcu udało mi się ! Zakrwawionymi dłońmi sięgnąłem krawędzi wyjścia. Byłem wolny!
Leżałem u wrót studni i ciężko oddychałem. Wzruszenie chwyciło mnie za gardło z radości. Piekły plecy i ręce. Nie zastanawiając się, chwiejnym krokiem dopadłem wyjścia, przez które wpadało słabiutkie światło z korytarza. Co za szczęście, że udało mi się wydostać z tej potwornej pułapki !
Wyszedłem na korytarz i zrzuciłem z siebie podarty płaszcz. Brud wymieszany z krwią oblepiał ciało. Musiałem odpocząć, grożące mi niebezpieczeństwo nie było przecież zażegnane. Teraz tylko musiałem wymknąć się z tego domu i natychmiast zawiadomić policję. Już raz udało mi się to zrobić.
Nie byłem w stanie sam ratować Marii z rąk zwyrodnialców.
Wyszedłem po schodach z piwnicy i z duszą na ramieniu ostrożnie wyjrzałem na domowy przedpokój. Cisza i spokój. Podbiegłem do pierwszego z brzegu pokoju z zamiarem ponownej ucieczki przez okno. Już miałem otwierać drzwi i czmychnąć, gdy usłyszałem rozmowę mężczyzn.
- ... ją wypuść w nocy, kiedy będę już stąd bardzo daleko ... tak, jak mówiłem ... szkoda jej, ładna jest ... Zrobię jej kawał ... ale wstydu się naje ...
Zaraz poznałem niski i gruby głos samego Bruno Bartmana. Rozmawiał z kimś na górze w korytarzu.
- ... większą satysfakcję niż jej śmierć sprawi mi świadomość, że upokorzyłem ją i będzie musiała z tym żyć ...
- A co z tym jej facecikiem ...? Tego palanta też mamy wypuścić ...?
- Zostawcie go, gdzie tam jest ... nich zgnije ... Kto go tam znajdzie ... ? Tylko, czy aby na pewno nie wydostanie się z tej dziury ...?
- To mięczak i laluś ! Nie da rady !
- Tylko szkoda, że ten goguś w internecie nie obejrzy zdjęć tej swojej ukochanej ... trudno ...!
Jakie znowu zdjęcia ...? Gryzłem palce ze złości. Gdzie jest policja !? Czemu nie obserwowali domu, do licha ...?
- ... za parę godzin mam samolot ... wiesz, co robić ... Hubercie ... Wy już zmiatajcie ... a ty, pamiętaj, wypuść ją nie wcześniej niż po dwudzieste czwartej i pilnuj ...! To żegnamy się panowie ...
Szybo dedukowałem. Niebawem w zameczku pozostanie tylko jeden człowiek z Marią, a pozostali wyjadą, uciekną pewnie zagranicę. Miałem nadzieję, że kochance nic złego nie przytrafiło się. Nie miałem jednak pojęcia w jakim celu ją te łotry tutaj sprowadzili.

-46-

Pojąłem, że w krótkim czasie sytuacja zmieniła się na moją korzyść. Zawahałem się, czy jednak w takich okolicznościach uciekać. W domu pozostał tylko jeden bandzior, który zresztą nie miał pojęcia, że wydostałem się ze studni i - być może- ma przeciwnika. Zwietrzyłem dla siebie szansę.
Wzrastał u mnie gniew na Bartmana i jego ludzi. Poczułem jak rośnie we mnie siła i chęć odwetu za wszystko, co nam uczynili. Pragnąłem odnaleźć zbira i wyrwać z jego rąk dziewczynę. Na razie nie miałem pojęcia w jaki sposób pokonać wroga. Schowałem się pomiędzy biblioteczką, stojącą w przedpokoju, a kotarą przy oknie i czekałem. Tak jak przypuszczałem, oprychy chyba wyszli bocznym wyjściem. Nastała cisza.
Nie wiedziałem, co robić, gdy odnajdę tych dwoje. Przecież oprych był ode mnie silniejszy, a ja nie miałem żadnej broni. Spostrzegłem stojący w kącie zwykły taboret. Zaskoczę faceta i dam mu nim w łeb...! – zdecydowałem. Ale gdy ruszyłem w poszukiwaniu przeciwnika zmieniłem broń. W kuchni znalazłem nóż. Zadowolony zrezygnowałem z mebla, a ostre narzędzie schowałem za pasek spodni.
Dwoje ludzi znalazłem w jednym z pokoi na parterze.
- ... na pewno wypuścisz mnie i nic mi nie zrobisz ...? - od razu poznałem głos mojej dziewczyny.
- Słowo honoru ... Zostaliśmy tylko we dwoje, czemu mi nie wierzysz ? – mówił jeden z mężczyzn, którzy wpakowali mnie do leja. - Nic ci się nie stanie ! Spoko lala ... !
- To dlaczego teraz mnie nie uwolnisz ...?
- Musimy poczekać, jak pan Bartman wyjedzie z kraju. Gdybym puścił cię wcześniej, powiedziałabyś policji o nim ... Zawsze go słuchałem i dobrze na tym wychodziłem, wiesz ...? Lojalność wobec szefa, zawsze mi się opłacała. Ufam mu, a on mnie. Ma wiele znajomości i może dużo ... Ciesz się, że nie ukatrupił ciebie ... Szkoda by było ... Masz szczęście ... ! No, twoje zdrowie, napij się też ...
- Dlaczego miałby mnie zabijać ...? Nic nie zrobiłam ...!
- To szefa sprawy ...! Ja nic nie wiem i się nie wtrącam ... ! Ja wykonuję tylko jego polecenia ... On tu rządzi ...Ale to porządny gość, zawsze płaci w terminie !
U mężczyzny wyczułem nietrzeźwy ton. Ostrożnie zajrzałem do pokoju. Maria siedziała skulona w płaszczu przy długim stole, na którym stała butelka, a przy niej kręcił się wysoki bandzior ze szklanką w ręku.
- ... żyje się tylko raz ... ja do ciebie, mała , nic nie mam ... bez urazy ...Bądź tylko grzeczna, to nic ci się nie stanie ... Wiesz ... ja wcale nie jestem gorszy w tych sprawach od szefa ...! Możesz się przekonać ... – zaniósł się zbir alkoholowym akcentem.
Oparł ręce na blacie stołu i nachylił twarz w stronę Marii. Coś zaczął do niej cicho mówić.
Potem facet wyprostował się i nalał sobie kolejną porcję.
- Czemu nic nie mówisz ...? Napij się za mną do cholery ! Nie lubię pić sam ...!
Maria bez słowa sprzeciwu sięgnęła po swoją szklankę i wypiła jeden łyk.
- A widzisz ...! Może jesteś głodna ?
- Nie, Bartman już mi przyniósł jedzenie.
- Pewnie były to jego ulubione ostrygi z puszki ...! Co za świństwo ...! No ... – mężczyzna spojrzał na zegarek. – Szef niedługo odleci ... a my tu sobie pofiglujemy, nie ...? Bo co mamy do roboty ... ?!
Stwierdziłem, że nastała najwyższa pora, aby wkroczyć do akcji. Po tym, co przeżyłem, nawet nie bałem się. Gotował się we mnie zew zemsty. Szybko doskoczyłem do niedoszłego amanta i z całej siły uderzyłem go pięścią w twarz. Kompletnie zaskoczony, zachwiał się na

-47-

nogach, ale nie upadł. Powtórzyłem uderzenie, ale tym razem mi nie wyszło.
Opryszek zdołał odskoczyć na bok.
- Leon, co ty tu robisz ...? !– zerwała się kobieta z krzesła. – To ty ...?!
- Odsuń się, ty morderco ! – krzyknąłem głośno, starając się, aby mój głos był stanowczy. – Ta kobieta jest ze mną i wyjdziemy stąd razem !
- Ty ... ty dupku jeden ... – zabulgotał zdziwiony i lekko zdezorientowany łotr. – Przecież miałeś zdychać w tej norze ...! Ty... kurde ... ja cię teraz załatwię ! Już nie żyjesz frajerze ...!
Pewny siebie zamachnął się na mnie raz i drugi, ale nie sięgnął. Alkohol zrobił swoje. Zrobiłem unik. To jeszcze bardziej rozjuszyło bandziora. Zaklnął ordynarnie. Maria patrzyła na mnie z najwyższym niedowierzaniem.
- Leon, skąd ty tu się wziąłeś ... ?!
- Mario, uciekaj stąd !
- Już po tobie gogusiu, zaraz cię zatłukę ... ! – wystękał ze złości oprych i stanął naprzeciwko mnie w pozycji bokserskiej.
Nadal nie bałem się jego. Chęć walki wcale mi nie przeszła, było wręcz odwrotnie. Pragnienie odwetu wzmogło się. Mój umysł zdominował chyba zwierzęcy instynkt walki o swoje życie i samicę.
- Zaraz cię załatwię, a potem przelecę twoją panienkę ...! – chrypiał dalej podpity bandyta w czarnej skórzanej kurtce.
- Jedna próba zabójstwa na pana koncie, to bardzo dużo ! Niech pan dalej się nie pogrąża, bo grozi panu za to wieloletnie więzienie ! Lepiej będzie, gdy pozwoli nam pan stąd spokojnie wyjść ...! – starałem się załatwić incydent polubownie, choć we mnie aż kipiało ze złości.
- Ty lalusiu ... Straszysz mnie ...? Ty, mnie ...?! – wybełkotał zbir i po raz drugi rzucił się na mnie z pięściami.
- Mario, uciekaj stąd ! Na co czekasz ...?! – zdążyłem jeszcze krzyknąć, zanim sięgnąłem w tył za pasek.
Błyskawicznym ruchem nożem pociągnąłem po brzuchu napastnika. Właściwie on sam, przymroczony alkoholem, robiąc krok w przód nadział się na szerokie ostrze. Znieruchomiał zaskoczony, otworzył usta i spojrzał w dół na swój korpus. Nóż wszedł głęboko. Momentalnie jego biała koszula nasiąkła krwią.
Maria zaczęła histerycznie wrzeszczeć. Niedoszły amant jęknął, upadł najpierw na kolana, a potem zaraz przechylił się na bok i powalił się na podłogę. Obiema dłońmi trzymał się za brzuch, a między jego palcami toczyła się gęsta krew.
- Ty kurde ... – wymamrotał jeszcze przerażony opryszek. – Co mi zrobiłeś ... ja cię ...
Dziewczyna przestała krzyczeć, dłońmi zakryła przerażone usta. Dysząc, stałem nad broczącym krwią bandytą i patrzyłem jak dogorywa. Wielka czerwona plama rozlała się przed ciałem mężczyzny. Blady jak papier poruszał tylko wargami. Zastygł wkrótce w bezruchu z otwartymi oczyma i ustami.
Nie mogłem z siebie wydobyć głosu. Agresja uleciała ze mnie w mgnieniu oka. Byłem w szoku. Czy chciałem zabić ...? Sam nie wiem. Pierwszy raz w życiu widziałem bezpośrednią śmierć człowieka. Wszystko odbyło się bardzo szybko. Zadziałał u mnie impuls, odruch, jakiś niezależny od woli zwierzęcy instynkt.
Maria zaczęła łkać i wlepiła wzrok w agonię niedawnego jej rozmówcę.
- Co teraz będzie ...?! On nie żyje ...!
- Cholera jasna ...! – ja także byłem wstrząśnięty.
Nie mogłem pozbierać myśli.

-48-

- Co miałem robić ...? Dać się zabić ...? Już raz próbowali i o mały włos udałoby się im to ...! Ja albo on ...! Zresztą, sama widziałaś ! Przecież ci wszyscy tu to świry i gangsterzy ... ! Musiałem ...!
Po chwili pierwszy szok minął i rozsądek zaczynał górować nad emocjami, ale Maria nie mogła się uspokoić. Cała dygotała, była wstrząśnięta.
- Zabiłeś człowieka ! To straszne ...! Co my teraz zrobimy ?! – biadoliła kobieta. - Wsadzą nas do więzienia ...! Boże, ja nie mogę na to patrzeć ...!
Faktycznie, widok był porażający. Martwe ciało leżało w nienaturalnej pozycji. Kałuża krwi rozlała się po kamiennej posadzce.
- Trzeba uciekać ... – wyszeptałem, chowając narzędzie zbrodni za pasek spodni. – Muszę zatrzeć wszelkie ślady ...! Zabierz stąd wszystkie swoje rzeczy i zwiewajmy stąd ...! Do licha, w co my się wpakowaliśmy ...!?
Przyjaciółka porwała swą torebkę i uważnie rozejrzała się dookoła. Nie chciała po sobie nic zostawić. Chusteczką dokładnie przetarła stół, krzesła i swoją szklankę.
- Nie było nas tu ...!
Wybiegliśmy z zameczku , przeszliśmy przez rozlecianą furtkę i dopadliśmy samochodu. Nikt nie powinien nas zauważyć. Roztrzęsieni, ciężko łapaliśmy oddech. W drodze do mojego mieszkania opowiedziałem dziewczynie ze szczegółami, w jaki sposób znalazłem się w domu Bartmanów, o próbie zamachu na moje życie, pobycie w leju i o cudownym uratowaniu się.
- A ty ... jak się tam znalazłaś ...? – pytałem Marię.
- Porwano mnie, gdy szłam do pracy. Na siłę wciągnięto mnie do furgonetki .
- Ale po co ...? Nic ci nie zrobili ...? Co chciał od ciebie Bartman ...?
Kobieta zakłopotała się.
- No wiesz ... On chyba porobił mi wtedy jakieś zdjęcia, kiedy mnie uśpił ... Byłam przecież rozebrana po tym wypadku w piwnicy ... Leon, ja się boję, że on je opublikuje albo porozsyła do pracy czy znajomych ...
- A skąd wiesz ...?
- Sam mi to powiedział ...!
- Ale dlaczego ...? – nie rozumiałem. – Co on u siebie w domu w ogóle robił ...? Przecież ściga go policja ! Nie uciekł ... ?! W jakim celu znów dzisiaj cię ściągnął ... ?!
- Chce mnie skompromitować ...! A ściągnął mnie po to, by ... – i tu Maria się zawahała. – Masz papierosa ...?
- Przecież nie palisz !
- No daj ...
- No po co ...? Czego chciał ?
- Zaproponować mi wspólny wyjazd za granicę i wielkie pieniądze ...
- Co takiego ...?!
- Podobno zakochał się we mnie i żyć beze mnie nie może ... – przyjaciółka zaciągnęła się dymem. – Bardzo nalegał ... Sam widziałeś, jak na mnie patrzył ...
- No co ty ...! – nie mogłem uwierzyć. – Do reszty staruch zwariował !
- Gdy zdecydowanie odmówiłam, zagroził, że te fotki porozsyła i jeszcze coś w dodatku nakłamie na mnie ...! Szantażował mnie ... !
- Co nakłamie ...?
- No wiesz ... że z nim kochałam się ...
Zatkało mnie. Nie wiedziałem, co o tym myśleć.
- Proponował ci seks ...?
- Coś w tym rodzaju.

-49-


- Nic ci nie zrobił ? To przecież niebezpieczny zbereźnik ...! Mario, nie oszukuj mnie, powiedz prawdę !
- Właśnie ci mówię ! Wszystko jest w porządku ... Leon, możesz otrzymać moje fotki ... Nie wiem, co robić ... – martwiła się dziewczyna. – Kazał mnie wypuścić dopiero, gdy odleci samolotem ... Te zdjęcia mogą mnie skompromitować ...!
- Na pewno cię nie tknął ...?
- Leon, nikt mi nic nie zrobił ...!
- Całe szczęście ...!
Zastanowiłem się.
- E, tam ...! – machnąłem ręką po chwili. – Trudno, przeżyjemy ... Co tam zdjęcia, mamy poważniejszy problem ... ten trup nie daje mi spokoju ...
- Jak biłeś się z tym mężczyzną, nie poznawałam ciebie ... ! – zmieniła temat kobieta. – Nie sądziłam, że będziesz miał odwagę walczyć z silniejszym od siebie ...!
- Okazałem się sprytniejszy. Gdybym go nie dźgnął, z pewnością skończyłbym jak on i ty razem ze mną ... – byłem tego pewny. – Oprych nie pozostawiłby świadka morderstwa.
Podjechałem pod swój dom. W drodze na chwilę zatrzymałem się na moście. Narzędzie zbrodni znikło w wartkich nurtach rzeki. Nie miałem wyrzutów sumienia. Wiadomo było, że z tej konfrontacji cało wyjdzie tylko jeden. W dobie wszędobylskiej elektroniki i techniki człowiek w określonych sytuacjach nadal pozostał zwierzęciem. W walce o swoją godność, słusznie zaryzykowałem swoje życie.
W mieszkaniu zaraz wzięliśmy gorącą kąpiel, a potem Maria przystąpiła do opatrywania moich ran. Rozebrałem się i do pralki wsadziłem swoje rzeczy. Nie mogło na nich być żadnego śladu mojego dzisiejszego pobytu w siedzibie Bartmana.
- Kochanie, zrobię kawy ...
Potem jeszcze długo rozprawialiśmy nad tą sprawą.

C. d. n ...


Re: " Dom Bartmanów " - kryminał w/g Mikesza ... - Mikesz - 20-04-2016

XII.

Uśmierciłem człowieka. Zastanawiałem się, czy ten fakt zgłosić policji czy zachować milczenie ? Bardzo obawiałem się pociągnięcia mnie do odpowiedzialności karnej. Miałbym duże kłopoty, nawet gdy zrobiłem to w obronie własnej.
Dyskusja z partnerką na ten temat przekonała mnie, co do właściwej decyzji. Postanowiliśmy nikomu nie mówić o porwaniu, ani o moim pobycie w zameczku. Jak grób milczeć będziemy o incydencie, który tam się wydarzył.
Wyszło na to, że to ja jedyny w całej tej nieszczęsnej historii z Bartmanem okazałem się zabójcą ! Co za ironia losu ! Nie, jednak nie żałowałem, tego co zrobiłem.
Następnego dnia obudził mnie uporczywy dzwonek telefonu. Niechętnie podniosłem się z łóżka. Maria spała obok. W słuchawce zabrzmiał głos majora Jonsona.
- Bruno Bartman nie żyje ...! – informował mnie na wstępie radośnie policjant. – Poszukiwany przestępca mimo przebrania, charakteryzacji twarzy i fałszywego paszportu, został rozpoznany na lotnisku ...! Spodziewaliśmy się go na promie, ale nie daliśmy się przechytrzyć ! – mówił major z dumą w głosie. – Bronił się zaciekle, nie chciał się poddać, posiadał broń, ranił troje funkcjonariuszy ... całe szczęcie, niegroźnie ... W końcu zabrakło mu naboi, a ostatnią kulę przeznaczył dla siebie ... Oczywiście zginął na miejscu ...

-50-

- Moje gratulacje, panie majorze ... – wydukałem zdenerwowany do słuchawki. - Sprawiedliwości stało się zadość !
- Gang zajmujący się handlem ludzkimi organami, został rozbity ...! Aresztowano także inne osoby powiązane z tą haniebną sprawą ! W domu samobójcy znaleziono ciało jeszcze jednego groźnego poszukiwanego bandyty ... – chwalił się stróż prawa. – Został zasztyletowany ...
Zdrętwiałem.
- Co pan mówi ...
- Pewnie to porachunki między złoczyńcami ... Dochodzenia nie będzie, sprawa jest jednoznaczna i właściwie już zamknięta ... A czy pana koleżanka odnalazła się ...?
- Tak, miała pilny telefon od rodziny, musiała na cały dzień wyjechać ... – skłamałem, cały się pocąc z emocji.
- To dobrze ... aha, jeszcze jedno ... Przy zwłokach Bartmana znaleźliśmy pewne zdjęcia ... Jest na nich nieprzytomna i całkowicie rozebrana pana partnerka ... Pewnie ten zboczeniec zrobił je, gdy uśpił panią Marię ... Tak mi przykro ... Proszę się po nie zgłosić do komisariatu ... Naprawdę żałuję, że do tego faktu doszło ... Niech pan to z nią jakoś załatwi ...
- Trudno panie majorze ... takie ryzyko zawodowe ... – odpowiedziałem. – Przeżyjemy to jakoś ...
Jonson podziękował nam jeszcze raz za współpracę, pożegnaliśmy się i z ulgą odłożyłem słuchawkę.
Byłem cały podekscytowany. Kamień spadł mi z serca ! Udało mi się bez szwanku wyjść z tej zagmatwanej sprawy !
Natychmiast obudziłem dziewczynę i przekazałem jej wieści od Jonsona.
- Widzisz ! Upiekło mi się ...! Policja nie ma pojęcia, że uczestniczyliśmy w śmierci opryszka ...! A te twoje zdjęcia drań może nie zdążył nigdzie wysłać ... ? – radowałem się. – W końcu policja stanęła na wysokości zadania !
Zaspana partnerka uśmiechnęła się, ale tak jakoś smutno.
- Pojedziesz po te fotki i zniszczysz je ...? Chyba nie masz za to do mnie żalu ...?
- Kochanie, oczywiście, że nie ...! To przecież nie twoja wina !
- Wiesz ... chyba straciłam swój szósty zmysł ... Nic nie mogłam wyczuć, ani przewidzieć ...! Co mi się stało ... Byłam tak bezradna ...! - westchnęla
Zamyślona mocno przytuliła się do mnie i objęła ramionami.
Była sobota i cały weekend należał do nas. Dopiero teraz przypomniałem sobie, że dziś jest pogrzeb kuzyna. Cóż ... pojedziemy obydwoje na cmentarz i oddamy cześć tragicznie zmarłemu chłopcu.
Potem będziemy razem. Ostatnie wydarzenia zmieniły moje nastawienie do kochanki.
Znów ją kochałem i pragnąłem jak dawniej.
Zdecydowałem, że więcej już nie będziemy zajmować się sprawami policji.

KONIEC

Dziękuję wszystkim, którzy zainteresowali się moją "twórczością" - Uśmiech
Inforumję, że tekst został sprzedany - jako prawa autorskie - do jednego z wrocławskich wydawnictw i znajduje się w odpowiednim krajowym katalogu " antyplagiatowym" ( zmiana tytułu czy np. imion głównych bohaterów - nic nie da ) - Nie

MIkesz


Re: " Dom Bartmanów " - kryminał w/g Mikesza ... - Krystyna - 20-04-2016

No super...
Dobrze, ze zamieściłeś tę informację na końcu...chciałam Cie o to spytać...szkoda byłoby aby to było tylko... do szuflady...
Masz talent... Oklaski Buziak


Re: " Dom Bartmanów " - kryminał w/g Mikesza ... - Perełka - 20-04-2016

Ja również gratuluję...i dzięki, że się tym podzieliłeś...to jest super jak ktoś dzieli się z innymi swoim talentem...pozdrawiam.


Re: " Dom Bartmanów " - kryminał w/g Mikesza ... - Ashes - 20-04-2016

Oklaski Świetne wręcz rewelacyjne. Gratuluje. Jesteś genialny...


RE: " Dom Bartmanów " - kryminał w/g Mikesza ... - Hazar - 09-06-2018

Czyta się jednym tchem ale do końca myślałam że będzie coś o magii Uśmiech