20-01-2022, 00:24
(19-01-2022, 03:51)LeCaro napisał(a): Dla mnie wejście w relację z drugą osobą to jest dodanie, wzbogacenie, wzrost, rozwój... a nie zmniejszenie, oddanie, rezygnacja z czegoś. Wcale nie chcę zachować samowystarczalności i całkowitej samodzielności - odrębność tak, jako jednostka ludzka, to jest absolutnie naturalne. Ale właśnie jako ta jednostka ludzka chcę być równocześnie częścią pewnego "stada", mieć poczucie, że obok jest ktoś bliski kto mnie wesprze, kto dzieli moje emocje, kto czuje podobnie, to mi daje szczęście i poczucie bezpieczeństwa. Jeśli mam problem, dylemat - potrzebuję podzielić się tym z bliską osobą... jeśli się z czegoś bardzo cieszę - podobnie. Bycie samemu to tylko część mojego życia - dla mnie samotność ma smak tylko wtedy jeśli nie jest wymuszona, jeśli wiem że w każdej chwili mogę ją sama przerwać wychodząc do innych.
Jest jednak jeden wyjątek - w momencie śmierci zawsze jesteśmy sami... choćby cała rodzina była przy nas.
Le Caro, nie rozumiem Twojego podejścia ale ciekawie jest poczytać jak inni postrzegają takie kwestie. No cóż, jesteśmy różni. Dla mnie w kwestii samotności wszystko sprowadza się do tego, że nie jestem w stanie z nikim, ale to absolutnie nikim, nadawać 100% na takich samych falach, bo nie ma drugiej osoby, która miałaby takie same wyobrażenie o świecie, motywacje, poglądy itd. Więc z wieloma osobami - tak, ale po troszkę. A reszta tematów? Hmmm... Nie wchodzę na nie, ale nie kłamię. Więc z danymi osobami z góry wiemy, że mamy inne zdania. A zatem w pewnych kwestiach nie zwierzam się im, bo nie zrozumieją. Natomiast samo powiedzenie czegoś na głos, wyrzucenie z siebie - ok, ale kiedy ktoś obok robi minę w stylu: "Ale w czym problem", "Nie kumam" - to tracę sens by o tym mówić.
Samotność jest również efektem ubocznym indywidualności każdego z nas - im bardziej wtapiamy się w tłum, im bardziej żyjemy jak inni, według schematów, wartości rodzinnych itd. tym mniej jej mamy - to jasne, bo dopasowujemy się w sposób mniej lub bardziej świadomy do otoczenia. Wtedy ono nas akceptuje, uważa za "swoje". Ale gdy ktoś nagina zasady, jest inny, to już pojawia się problem - otoczenie uważa go za innego, a on sam czuje tę samotność i czasami, gdy ma odwagę, wyraża. A często nie i czuje się źle w środku, a dusza cierpi. Chyba Mikesz tak miał - czuł się inny od dziecka, gorszy. Nikt wtedy chyba nie powiedział, że jest indywidualistą.
Pytanie o to ile z takich jednostek niezrozumiałych przez świat to jednostki wybitne? Można się spierać, bo Beksiński dla jednych jest genialny, a dla innych jego sztuka to pogranicze kiczu. Zresztą jego syn tak samo jest odbierany.
Drugie pytanie: po co nam być wybitnymi indywidualistami albo ogólnie indywidualistami? Może po nic. Ale jak się urodziło jedynką numerologiczną to się nie da często wtapiać w ten tłum, bo to zwyczajnie boli - monotonne życie bez wyższych celów boi od środka. Nie wiem czy to ma sens. Może dla rzeczy, które robimy, które przysłużą się światu - ma. Ale dla nas samych? Żre od środka jak kornik drzewo, daje poczucie samotności i czasami bezsens, choroby nerwowe, depresje.
Chciałabym być taką rodzinną, miłą 6. Albo 8, ale bez karmicznej 26, mieć dużo kasy, mniej myśleć niż 1. No moze jeszcze 2 z 11 - ale wyłączając te 11. Z 9 w punktach zwrotnych. Mam w 1 punkcie i to był super czas, gdy samotność była zaletą, a ja byłam zwyczajnie dobra dla ludzi, spokojna w środku.
No cóż, czasami zazdroszczę innym wibracji
