12-01-2014, 11:42
Suna ale czad! kocham takie historie i jestem na milion % pewna, że jesteście sobie przeznaczeni.
Ja mam ze schroniska suczkę, teraz ma ponad 9 lat a wzięłam ją jak miała może z 7 tygodni. Jeździłam po całym województwie szukając najbiedniejszego schroniska bo to w miejscowości, w której wówczas mieszkałam psy miały niezłe warunki.
Znalazłam takie biedne gdzieś na wiosce, prowadzi go pani z ogromnym sercem, nie ma miejsca bo przygarnia każdego psiaka, wszystkie swoje pieniądze przeznacza na zwierzęta, w budynku w którym mieszka przetrzymuje zwierzęta te bardziej chore i ma "biuro" tzn. miejsce gdzie podpisuje się papiery adopcyjne, gmina w ogóle nie dopłaca i ma ją w dupie. Sama szuka sponsorów na jedzenie dla tych biednych zwierząt, jak ktoś podaruje budę to jest przeszczęśliwa. Przepełnione miejsce, psy nie są "usuwane", jak nie ma na nie klientów. Ma wiele piesków, które są u niej wiele wiele lat.... Zatkało mnie jak tam weszłam, po prostu rozwaliło mnie na łopatki. Ze łzami w oczach słuchałam opowieści tej pani, która opowiadała historię KAZDEGO z tych zwierząt. Cudowna kobieta. Ja się wtedy zaparłam, że choćby nie wiem co, ja znajdę w tym właśnie miejscu swoją miłość.
No i znalazłam na samiuśkim końcu, w ostatnim boksie, była włożona z dużymi psami, ta kobieta nie miała z nią co począć bo w pomieszczeniu zaraziłaby się od przebywającego tam wtedy psa. Była taka malutka...żółta
mieściła się na mojej dłoni, naprawdę. Znalazł ją ktoś w kartonie w środku lasu. Miała może z 6 tygodni, ledwo przeżyła, jedno oczko nie odkleiło się do końca. Zobaczyłam ją jak akurat jadła zwymiotowane jakieś resztki któregoś doroślejszego psa z boksu. Rozpłakałam się i pamiętam tylko, że powiedziałam TO ON! wyglądała jak jedno mikroskopijne nieszczęście. Wzięłam ją i od razu po prostu wiedziałam że to mój skarb. Zarzygała mi auto jak wracałyśmy do domu wtedy, i tą miłością było czuć jeszcze z 2 tygodnie hehehe
Ojjj, jak sobie to przypomnę... To historia z psiakiem.
Rok później, moja Mama wzięła kotkę, maleńką ostatnią z miotu od koleżanki. Obie przejęte sytuacją, bo kotka maleńka, zabidzona, bardzo źle się rozwijała, jeść nie chciała, a jak chciała to nie mogła się dokopać do cyca. Wyglądała też jak samo nieszczęście. Koleżanka namówiła moją wykochaną Mamę żeby ta ją wzięła do domu. Obie stwierdziły, że kicia i tak nie przeżyje, więc Mama stwierdziła że stworzymy jej godne ostatnie dni życia. Basia przeżyła, zaczęła normalnie rosnąć, jeść. Polowała na wszystkich moich znajomych, którzy przychodzili w odwiedziny. Jednym słowem przestępca! Niedługo później wyleciałam z rodzinnego domu i nie mieszkałam z kicią ponad 7 lat, widząc ją od czasu do czasu przy okazji świąt. Nie lubiłam jej szczerze, ona mnie też. Ona lubiła tylko mojego Tatę. Dlatego tak opisuję tutaj jej zachowanie bo po tylu latach totalnie się zmienia
Ale się rozpisałam...ufff ulżyło
p.s. leżę na łóżku, z suńcią przy nogach i kotem na głowie który patrzy non stop w monitor i czyta, co ja tam piszę...
Ja mam ze schroniska suczkę, teraz ma ponad 9 lat a wzięłam ją jak miała może z 7 tygodni. Jeździłam po całym województwie szukając najbiedniejszego schroniska bo to w miejscowości, w której wówczas mieszkałam psy miały niezłe warunki.
Znalazłam takie biedne gdzieś na wiosce, prowadzi go pani z ogromnym sercem, nie ma miejsca bo przygarnia każdego psiaka, wszystkie swoje pieniądze przeznacza na zwierzęta, w budynku w którym mieszka przetrzymuje zwierzęta te bardziej chore i ma "biuro" tzn. miejsce gdzie podpisuje się papiery adopcyjne, gmina w ogóle nie dopłaca i ma ją w dupie. Sama szuka sponsorów na jedzenie dla tych biednych zwierząt, jak ktoś podaruje budę to jest przeszczęśliwa. Przepełnione miejsce, psy nie są "usuwane", jak nie ma na nie klientów. Ma wiele piesków, które są u niej wiele wiele lat.... Zatkało mnie jak tam weszłam, po prostu rozwaliło mnie na łopatki. Ze łzami w oczach słuchałam opowieści tej pani, która opowiadała historię KAZDEGO z tych zwierząt. Cudowna kobieta. Ja się wtedy zaparłam, że choćby nie wiem co, ja znajdę w tym właśnie miejscu swoją miłość.
No i znalazłam na samiuśkim końcu, w ostatnim boksie, była włożona z dużymi psami, ta kobieta nie miała z nią co począć bo w pomieszczeniu zaraziłaby się od przebywającego tam wtedy psa. Była taka malutka...żółta
mieściła się na mojej dłoni, naprawdę. Znalazł ją ktoś w kartonie w środku lasu. Miała może z 6 tygodni, ledwo przeżyła, jedno oczko nie odkleiło się do końca. Zobaczyłam ją jak akurat jadła zwymiotowane jakieś resztki któregoś doroślejszego psa z boksu. Rozpłakałam się i pamiętam tylko, że powiedziałam TO ON! wyglądała jak jedno mikroskopijne nieszczęście. Wzięłam ją i od razu po prostu wiedziałam że to mój skarb. Zarzygała mi auto jak wracałyśmy do domu wtedy, i tą miłością było czuć jeszcze z 2 tygodnie heheheOjjj, jak sobie to przypomnę... To historia z psiakiem.
Rok później, moja Mama wzięła kotkę, maleńką ostatnią z miotu od koleżanki. Obie przejęte sytuacją, bo kotka maleńka, zabidzona, bardzo źle się rozwijała, jeść nie chciała, a jak chciała to nie mogła się dokopać do cyca. Wyglądała też jak samo nieszczęście. Koleżanka namówiła moją wykochaną Mamę żeby ta ją wzięła do domu. Obie stwierdziły, że kicia i tak nie przeżyje, więc Mama stwierdziła że stworzymy jej godne ostatnie dni życia. Basia przeżyła, zaczęła normalnie rosnąć, jeść. Polowała na wszystkich moich znajomych, którzy przychodzili w odwiedziny. Jednym słowem przestępca! Niedługo później wyleciałam z rodzinnego domu i nie mieszkałam z kicią ponad 7 lat, widząc ją od czasu do czasu przy okazji świąt. Nie lubiłam jej szczerze, ona mnie też. Ona lubiła tylko mojego Tatę. Dlatego tak opisuję tutaj jej zachowanie bo po tylu latach totalnie się zmienia
Ale się rozpisałam...ufff ulżyło
p.s. leżę na łóżku, z suńcią przy nogach i kotem na głowie który patrzy non stop w monitor i czyta, co ja tam piszę...
